wspomnienia Choromańskiego o Witkacym


I jeszcze jedną rzecz pragnę dodać: czytałem wiele wspomnień i wspominków o Witkacym. Są różnej wartości. Niestety, niemal wszystkie mają tę samą wadę: autor wspomnienia stawia siebie w równej z Witkacym pozycji. Wygląda to tak, że przyjaźnił się z nim, obcował i rozmawiał jak równy z równym. To okropnie bałamuci i deformuje prawdę. Nikt nigdy nie rozmawiał z Witkacym jak równy z równym. Najlepiej, pisząc o nim, zachować swoją osobę w cieniu.

 


Trochę o "orgiach" z Witkacym

Więc raz na miesiąc co najmniej odbywała się u dra Biruli Białynickiego w Zakopanem orgia kokainistyczna, z udziałem Witkacego. Witkacy nazywał Birulę po angielsku Master of the Stock, czyli Mistrzem Zasobów.

Po kolacji obficie zakropionej wódzią i pyffkiem dr Białynicki wstawał od stołu i przechodził do gabinetu. Tam każdy z nas mógł otrzymać watkę nasiąkła rozczynem kokainy, którą wkładał sobie do nozdrza.

Powiem od razu, że może właśnie dzięki temu, iż Mistrzem Zasobów był zawodowy lekarz - z mieszkania państwa Białynickich nie wyszedł nigdy żaden nałogowiec, nikt z nas w nałóg nie "wpadł.

Dorzucę jeszcze szczegół charakterystyczny - kobiety do podniet wyższego gatunku (jak mawiał Witkacy) odnosiły się nieufnie i tych watek panicznie się bały.

Za okrągłym stołem w jadalni mieściło się około tuzina osób. Na stole stały karafki z wódką domowej roboty, niekiedy na jałowcu, przeważnie zaś na skórkach cytrynowych. Piwo Haberbuscha i Schielego (zakopiańczyka) jasne i ciemne - Witkacy pijał je zazwyczaj mieszane, pół na pół. Jedno gorące danie. Moc przekąsek i kanapek (rydze w różnej postaci), których półmiski pani Białynicka zmieniała przez całą noc. Orgia bowiem zaczynała się zazwyczaj około ósmej wieczorem i trwała do szóstej, siódmej rano, kiedy to niektórzy z nas jechali saneczkami do restauracji w Jaszczurowce, by się przewietrzyć.

Zazwyczaj taka orgia rozpoczynała dwudniówkę, albo nawet trzydniówkę. Po wizycie w Jaszczurowce wracało się do domów i trochę do południa spało. Po czym ci goście, którzy nie mieli w Zakopanem stałych zajęć i obowiązków (lekarze zakopiańscy musieli z potwornym katzenjammerem pełnić swe dyżury w sanatoriach lub w szpitalu), zjawiali się u Witkacego i razem z nim szli "poprawić" do podrzędnej knajpki Białotowicza.

Witkacy bardzo rzadko, prawie nigdy nie bywał w pierwszorzędnych lokalach, zwłaszcza jeżeli przygrywała w nich orkiestra. Poza tym uczęszczanie Witkacego do skromniejszych restauracyjek wynikało z pewnych jego zasad moralnych. A tak!

Cokolwiek by się mówiło o Witkacym i jego demonizmie, był on dobrze z punktu widzenia moralnego wychowanym człowiekiem i chciałoby się nawet rzec - poniekąd purytaninem. Był to jedyny bodajże człowiek na ziemi, którego znałem, a który nigdy od nikogo nic nie pożyczał.

Dochody miał bardzo skromne, prawie wszystkie honoraria pisarskie (a to były śmieszne honoraria, przy niepoczytności jego książek) oraz te niewielkie sumy, jakie otrzymywał za portrety - szły nie tylko na jego własne z żoną utrzymanie, ale i na utrzymanie matki w martwym zakopiańskim sezonie. Sędziwa pani Witkiewiczowa dzierżawiła pensjonat "Zośka", który wiosną i jesienią ział pustkami. Więc musiała tedy dokładać, i syn jej przychodził z pomocą.

Doskonały esej pana Puzyny o Witkiewczu byłby kompletniejszy, gdyby poruszył w nim zupełnie niezwykły stosunek Witkacego do matki, ten jego purytanizm i zasady moralne w życiu codziennym, no i jago powiązania - dodam na marginesie - z Młodą Polską. (Chociażby przez Micińskiego, pod którego wpływem Witkacy - jak sam to mówił - przez pewien czas przebywał).

Rozpatrując Witkacego w świetle jego dochodów, zupełnie inaczej zmuszeni jesteśmy odnosić się do jego autoreklamy, chociażby do tych kartek, zawiadamiających ewentualnych klientów, że Firma Witkacy dajmy na to przybyła do Warszawy i gotowa jest wykonać na zamówienie każdy portret dowolnego typu. Nie był to li tylko dowcip, lecz pieniężna konieczność. Witkacy był na swój sposób malarzem domokrążcą, zachwalającym swój towar. Żył bardzo oszczędnie i liczył każdy grosz.

Całe swoje życie, aż do wyjazdu na emigrację na Zachód (gdzie człowiek pożyczający pieniądze nie jest w towarzystwie tolerowany), pożyczałem na prawo i lewo. Poza tym - całe życie, też do wyemigrowania, żyłem nad stan. Byłem przeto zadłużony po uszy. Zwłaszcza w okresie poprzedzającym wydanie "Zazdrości i medycyny", bo potem nagle moja sytuacja materialna się poprawiła i zacząłem otrzymywać dość wysokie honoraria.

Ale przedtem...! Kiedyś po pewnych poprawinach u Białotowicza Witkacy zauważył, że zamiast za swe trunki i przekąski zapłacić gotówką - podpisałem rachunek. Popatrzył na mnie z ukosa i powiedział, że chce porozmawiać ze mną na osobności, ale któregoś dnia, kiedy będziemy zupełnie trzeźwi.

Więc zaprosił mnie na obiad do siebie, na koniec tygodnia. Na obiad bez alkoholu. Oznaczonego dnia stawiłem się i w pokoju pani Witkiewiczowej we dwójkę zasiedliśmy do okrągłego stolika. Chodziłem jeszcze podówczas o kulach i mogłem mieć dwadzieścia i kilka lat. Byłem bardzo ciekawy zapowiedzianej rozmowy, ale zupełnie nie spodziewałem się jej obrotu.

- Widziałem, jak podpisałeś rachunek u Białotowicza - powiedział Witkacy.

- Rachunek? Ja? A tak, rzeczywiście - roześmiałem się. - A o co chodzi?

- A czy ty liczysz na jakieś pieniądze, z których mógłbyś w przyszłości ten rachunek spłacić?

Znowu się roześmiałem. - Wiesz, nawet o tym nie myślałem.

- W tym nie ma nic śmiesznego - zauważył Witkacy.

Spojrzałem na niego ze zdziwieniem: takiego Witkacego jeszcze nigdy nie widziałem. Twarz, taka zazwyczaj elastyczna, była nieruchoma, prawie gipsowa. Brwi miał ściągnięte.

Ojciec mnie odumarł, kiedy byłem małym chłopakiem, więc właściwie nigdy ojcowskich reprymend nie zaznałem. Przypuszczam jednak, że ojciec lub wuj, strofujący swego smarkatego siostrzeńca, tak powinien był wyglądać, jak Witkacy w tej chwili.

Z pewnym obrzydzeniem i surowością dał mi nauczkę, którą zapamiętałem na całe życie. Szło mu o porządność moralną, o etyczną przyzwoitość. Dobrze wychowany pod względem moralnym człowiek nie zaciąga pożyczek wówczas, gdy nie ma pewności, że je spłaci. Moje zachowanie się u Białotowicza nazwał moralnym niechlujstwem i przestrzegł mnie, że stawiam kroki na pochyłej ścieżce, na której z czasem się wywrócę i upadnę. Moralny upadek w sprawach pieniężnych jest jednym z najbrzydszych upadków i co gorsza - pociąga za sobą inne pośliźnięcia się.

Był bardzo potępiający w słowach i dodał, że jako uczciwy człowiek nigdy, ale to przenigdy nie przyjaźnił się z kimś, kogo nazwał po raz drugi moralnym niechlujem.

Pamiętam, że to przemówienie wywarło na mnie bardzo mocne wrażenie, zwłaszcza dlatego, że w ustach Witkacego brzmiało jak niespodzianka - tak zdawałoby się to do niego nie pasować.

Po śmierci Witkacego i po obecnym odgrzebaniu jego wielkości wszyscy skłonni są mówić o nim w superlatywach. Ale w tamtych czasach był on przez warszawskie miarodajne koła artystyczne pomniejszany, wykpiwany lub zgoła przemilczany. Takie pismo, jak "Wiadomości Literackie", z ich wspaniałym redaktorem Grydzewskim na przykład, zupełnie Witkiewicza nie doceniało. (Zresztą Grydzewski przeoczył także talent Gałczyńskiego). Witkacy bezsprzecznie miał potężny i sprawny umysł, był jednym z najdowcipniejszych ludzi, jakich znałem - gdy miał swój szczęśliwy dzień.