artykuł ALEKSANDERA ŚWIĘTOCHOWSKIEGO
"PRAWDA"
Nr 30, z 25 lipca 1891

[...]Tak odzywają się dziś redaktorowie. Pomimo całego szacunku dla owych kwestionariuszów byłem w śmiertelnej trwodze, ażeby im się nie dostał na pastwę Mozart z powodu setnej rocznicy jego śmierci, obchodzonej uroczyście w Salzburgu. Otwierałem gazety zagraniczne i miejscowe z drżeniem, czy nie znajdę w nich rzuconego znakomitym lub nieznakomitym pytania, jak im się podoba twórca Don Juana. Wprawdzie Dumas już nam rozstrzygnął, co to jest hipnotyzm lub czy mamy używać alkoholu, ale wolałbym, ażeby on swoim półświatowym geniuszem nie dotknął wszechświatowego geniuszu Mozarta.

Każda miłość jest także religią, bo jest czcią, wiarą i pragnieniem osłonięcia jej przedmiotu od bluźnierstw. Kochacie zapewne, czytelnicy, taką miłością jakiegoś wielkiego ducha, któremu zawdzięczacie najgłębsze wzruszenia umysłu. Pod tym względem wszyscy podobną przebywamy kolej. Jedne z tych duchów wchodzą do nas przez mózg, inne przez serce. Wpatrując się w nie, jedne podziwiamy chłodno, inne uwielbiamy z miłosnym zachwytem. Niewątpliwie poza stosunkiem zdumienia lub sprawiedliwej oceny między każdym człowiekiem a geniuszem zawiązuje się z osobnych nici spleciony stosunek pewnego pokrewieństwa natur. Gounod opowiada w swych pamiętnikach, że usłyszawszy jako trzynastoletni chłopiec po raz pierwszy Don Juana, stracił przytomność. Najzupełniej temu wyznaniu wierzę. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem muzykę Mozarta, uczułem, że nagle stało się ze mną coś nadzwyczajnego. Ogarnął mnie nie znany przedtem czar, który przyćmił, jak gdyby roztopił w sobie moją świadomość. Nie umiałem zdać sobie sprawy z wrażeń, nie mogłem zdobyć się na najdrobniejszy ruch woli, poddawałem się tylko urokowi, który wszechwładnie zapanował nade mną i pogrążał mnie w stan rozkosznego marzenia. Z samowiedzy pozostało mi tyle zaledwie promieni, ile potrzeba było na oświetlenie tego uczucia nadziemskiej błogości. Inne pogasły tak dalece, że nie uprzytomniłem sobie, gdzie jestem i co słyszę. Jeżeli przypuścimy - a nie będzie to hipoteza ryzykowna - że od lat stu przeszło miliony ludzi ulegały temu czarowi, to pojmiemy, dlaczego uroczystość salzburska tylu ściągnęła czcicieli, a duch mistrza dotychczas unosi się ponad nimi w nie-zwiędłym na skroniach wawrzynie.

Są wszakże skaliste dusze, których on nie porusza, a które natomiast drgają może na dźwięk trąbki pocztowej.

Kiedy zwiedzałem w Salzburgu Mozarteum, gdzie w dwu pokoikach jego mieszkania zgromadzone są pamiątki po nieśmiertelnym muzyku, jakaś Niemka, zbliżywszy się do małego, starego fortepianiku, zapytała dozorcy:
- Czy można zagrać?
Pozwolił - ona uderzyła w klawisze, w te same klawisze, których dotykał Mozart. Chciałem krzyknąć, ale zbudzony ze swego wiekowego snu instrument pod świętokradzkimi łapami odezwał się tak gorzkim smutkiem, że Niemka natychmiast je odjęła.

Istota najbliższa Mozarta, jego żona, była jeszcze bezwrażliwszą bryłą. Pudło fortepianu lepiej rozumie wygrywane na nim arcydzieła niż ona swego męża. Gdy umarł (w Wiedniu), nie zaznaczyła jego grobu nawet kółeczkiem w mogiłę zatkniętym (stąd też miejsce spoczynku prochów Mozarta nie jest znane, a pokazywana jego czaszka wątpliwa), wkrótce poślubiła pewnego radcę, który ją olśniewał swym tytułem, a kiedy umarł, czuła radczyni wystawiła mu ogromną piramidę. Już chyba tej baby na sądzie ostatecznym nie rozgrzeszą. Po co takie istoty się rodzą - można nie pytać, bo zawsze obok kogoś znajdą dla siebie rację bytu, ale po co los wiąże je z ludźmi, których nie pojmują, a potomność łączy takie dziwne pary w zawieszonych obok portretach? Żona Mozarta mogłaby z wielką dla jej dumy i dla nas przyjemnością wynieść się z Mozarteum i zawisnąć na haku obok swego radcy gdzieś w pokoju jego rodziny.[...][pozytywista...]


autor poniższego tekstu

Aleksander ŚWIĘTOCHOWSKI

Pseud. Władysław Okoński, Poseł Prawdy, O.Remus, Oremus, Liber, Gezyasz, Nauczyciel i in. Urodzony 18 I 1849 w Stoczku (Podlasie),  zmarł 25 IV 1938 w Gołotczyźnie pod Ciechanowem, publicysta, dramaturg, prozaik, działacz kulturalny i społeczny, historyk i filozof.
  


Lata szkolne spędził w Siedlcach i Lublinie. Studiował na wydziale filologiczno-historycznym Szkoły Głównej i Uniwersytetu Warszawskiego (1866-70). Rychło awansował do roli przywódcy tego pokolenia, które związane ze Szkołą Główną, dokonało po powstaniu styczniowym przewrotu w umysłowości inteligencji polskiej. Od 1870 pisywał stale w prasie pozytywistycznej - w latach 1870-78 w jej bojowym organie "Przeglądzie Tygodniowym", a od 1878 do 1881 w dzienniku "Nowiny".W 1874, nie zrywając kontaktu z pismem, wyjechał do Lipska na studia fil., uwieńczone 1876 doktoratem na podstawie rozprawy O powstaniu praw moralnych. Myślał o karierze uniwersyteckiej w Galicji, ale zniechęcony panującymi tam stosunkami, wrócił do Warszawy. Współpracę z "Przeglądem Tygodniwym" zerwał w 1878, obejmując tego roku redakcję w dzienniku "Nowiny", którą prowadził do 1881 r. Rubryką Listy z Paragwaju rozpoczął długą serię swych felietonów ciągłych.


źródło artykułu:
http://monika.univ.gda.pl/~literat/alekss/0061.htm 
http://monika.univ.gda.pl/~literat/alekss/index.htm#spis