Książka Krausego to przykład, że raczej nie należy się usprawiedliwiać i krygować ideologicznymi wpływami metody historyczno- socrealistycznej. E. Krause żył w NRD, w Berlinie wschodnim. Metoda historyczna przy mądrym spojrzeniu na historię może dać tylko dobre rezultaty. Zwłaszcza, że Krause po prostu zna się na tej muzyce- rozumie ją i potrafi przekazać jej korzenie i korespondencje.

Z biografii Straussa napisanej przez Ernsta Krause:

Dla Straussa, z Jego idealistycznym stosunkiem do uwielbianego mistrza, Jest Mozart tym, który "wszystkie "problemy" już rozwiązał, zanim się w ogóle pojawiły", i którego "namiętność wolna jest od wszelkich cechziemskich". Gdy Oscar Bie rozmawiał kiedyś ze Straussem o jego nowych pracach, ten zakończył rozmowę następująco: "Wiadomo- Mozart! Kto mu dorówna! Zagrajmy Mozarta" I usiadł do fortepianu, zagrał swymi delikatnymi palcami jeden z kwartetów Mozarta, pieszcząc głosy i zachwycając się pomysłami melodycznymi... Bezgranicznemu uwielbieniu dla Mozarta dał Strauss wyraz mówiąc: "Proszę słuchać tej cudownej ekspansywności Mozartowskiej melodii! Można pomyśleć, że się kończy, a ona płynie dalej, stale dalej. Tak, melodia!" Już w czasie II wojny światowej, gdy Strauss uczestniczył w monachijskim wieczorze kwartetów, z ust jego wyszło wzruszające wyznanie: "Tak prosto chciałbym właśnie komponować!" " a w rozmowie z Karlem Boehmem powiedział o dwóch taktach smyczków rozpoczynających tercet masek w Don Giovannim: "Gdyby mi się udało skomponować te dwa takty, oddałbym za nie chętnie moje opery!" Ostatnie ze swoich "mozartowskich" wyznań napisał mistrz w roku 1944 do planowanego Straussowskiego zeszytu czasopisma "Schweizerische Musiizeitschrift". "Niemal bezpośrednio (po Bachu) pojawia się cudowne zjawisko: Mozart, który doprowadził do doskonałości i absolutnego ideału melodię głosu ludzkiego. Nazwałbym ją platońską "ideą" i "praobrazem". Nie można jej ani dostrzec okiem, ani ogarnąć umysłem. Tę największą świętość można tylko przeczuć sercem, któremu ucho pomaga ją chłonąć..."

"Z moich dawnych doświadczeń w pracy twórczej wiem, że od razu przychodzi mi na myśl motyw lub dwu-, trzy-, względnie czterotaktowa fraza. Rzucam ją na papier i zaraz poszerzam do 8-, 16-lub 32-taktowej frazy, która oczywiście nie pozostaje niezmieniona, lecz po krótszym lub dłuższym czasie jest stopniowo doprowadzana do ostatecznej postaci..." Strauss nigdy nie ukrywał, że nie napływały doń "melodie tak długie, jak do Mozarta". "Zawsze udają mi się tylko krótkie tematy, ale potrafię taki temat odpowiednio użyć, sparafrazować, wydobyć z niego wszystko, co w nim tkwi." Mimo to bez trudu wymyślał łuki melodyczne rozciągające się na dziesięć, dwadzieścia i więcej taktów " rozległe kantyleny, które nie są rozumowo wypracowane czy sztucznie wydłużane i oddziałują na słuchacza "pierwotnością inspiracji".

Twórczość Straussa owiana była uwielbieniem i tęsknotą za mozartowskim ideałem sztuki. Uśmiech Mozarta, ale także i jego znajomość otchłani życia, jego dokuczliwe udręki- były dla Straussa ucieleśnieniem muzycznej klasyczności. Czyż owa pogoda, przeniesiona przezeń na nową, prawdziwie ludzką płaszczyznę, owa jasność zmysłowo rozświetlonego, przejrzystego brzmienia, nie jest jego najpiękniejszym darem" Czym byłaby jego twórczość bez musującej perliście swawoli Dyla Sowizdrzała, bez słodyczy i blasku Kawalera srebrnej róży" Tenschert nazwał to "powinowactwem z wyboru". Jest to coś więcej: związek serc. "O Mozarcie nie potrafię pisać; mogę go tylko wielbić" " odpowiedział mistrz, kiedy w 1941 roku zwrócono się do niego z prośbą o napisanie słowa wstępnego do albumu Mozart i Monachium. Entuzjazm dla Mozarta nie dotyczył jakiegoś określonego okresu życia Straussa.

W liście do swego przyjaciela Ludwika Thuille, jeszcze jako monachijski gimnazjalista, powiedział o Symfonii Jowiszowej: "najpiękniejsze dzieło, jakie kiedykolwiek słyszałem... Przy finałowej fudze zdawało mi się, że jestem w niebie".

 

Od takiej postawy wobec Mozarta niedaleka droga do wielkich czynów późniejszego mistrzowskiego interpretatora jego dzieł, do urodzonego dyrygenta Wesela Figara i odkrywcy Cosi fan tutte ("nie tylko unikatu wśród Mozartowskich dramatycznych arcydzieł, lecz perły całej literatury komediowej przed Śpiewakami norymberskimi Wagnera"). Tu nie miały miejsca żadne romantyczne niuanse i osobiste ujęcia: w natchnionym "brio" osiągał Mozart, przy dowcipnie w recytatywach komentującym akompaniamencie, najpiękniejszą, najczystszą postać. Swojej agitacji na rzecz dzieła salzburskiego mistrza Strauss nigdy nie uważał za wystarczającą. Fritz Busch opowiada we wspomnieniach, jak Strauss przypadkowo znalazł się na próbie Koncertu klarnetowego Mozarta w Dreźnie. ,,Długo rozmawialiśmy po tej próbie o fenomenie Mozarta. Jego Kwintet smyczkowy g-moll nazywał wtedy Strauss punktem szczytowym [alpiniści?...] wszelkiej muzyki. Sam był pianistą i chętnie opowiadał, jak to pod dyrekcją Bulowa grał w Meiningen któryś z koncertów fortepianowych Mozarta. Wciąż domagał się ode mnie, bym kiedyś zorganizował wykonanie cyklu wszystkich 28 koncertów fortepianowych tego mistrza, z których jeden piękniejszy jest od drugiego..."

W późnym wieku, starając się o mozartowski uśmiech w swoich ostatnich dziełach instrumentalnych, umieścił nad II Sonatiną na 16 instrumentów dętych Es-dur następującą dedykację: "Cieniom boskiego Mozarta, u kresu życia pełnego wdzięczności".

Dom Straussa w Garmisch, ech... :