Sonata nr 11.  A-dur KV331 z rondem Alla Turca ("marsz turecki") na zakończenie.

skomponowana w lecie 1778 w Paryżu

  1. Andante gracioso
  2. Menuetto
  3. Alla Turca. Alegretto

Alfred Einstein porównuje tą sonatę z sonatą "Durnitz". Uważając te dwie sonaty za najlepsze sonaty Mozarta i za utwory swoiście nietypowe, bo powstałe w chwili wyjątkowo wysokiego natchnienia. Warto o tym wspomnieć gdyż czasem sonatę A-dur kojarzy się z dziecięcą literaturą pedagogiczną.

Max Reger był paskudnym, ordynarnym człowiekiem. Wrogiem polskości i Polaków. Napisał jednak wspaniałe wariacje orkiestrowe na temat z Andante gracioso sonaty A-dur. Reger jest świetnym kompozytorem. Z tym tematem pierwszej części jest dziwne nacjonalistyczne pomieszanie: czy to ma charakter francuski czy ludowo- niemiecki, żeby było ciekawiej arbitrem jest żyd Alfred Einstein. Pewnie jakimś przyczynkiem jest fakt, że sonata jest skomponowana w Paryżu, a dla Einsteina także menuet w środku. [na końcu znów Islam...] Jakie to współczesne, żarty na bok.


Osobista wycieczka:

Nie znałem tych narodowych rozterek ale ta sonata i przepiękne wariacje orkiestrowe Regera kojarzą mi się z takim pokątnym, osobistym obrazem którym głęboko i systematycznie nasiąkałem. W pierwszych 20 latach życia i od najwcześniejszego dzieciństwa. Ten obraz dla mnie jest jakby synonimem słowa "ojczyzna" i patriotyzmu. We Wrocławiu w okolicy ul. Długiej tuż przed osiedlem Popowice nad Odrą były bardzo zadbane i uporządkowane poldery które okoliczni mieszkańcy i dzieciarnia traktowali jako rozległą trochę tajemniczą plażę. Od roku 1980 Żegluga nie miała już pieniędzy na porządkowanie [plewienie] tych terenów, zaś po powodzi zamieniło to się w busz (dobrze przynajmniej, że dębowy). Teraz na szczęście zaczyna wracać tam porządek i nawet regularne rekreacyjne inwestycje. Jest tam też na początku wodniacka stanica harcerska i dawne Studium Wojskowe Politechniki (też bardzo sympatyczne wspomnienie). Centralnym miejscem, po drugiej stronie rzeki wejście do pięknego [tak] portu rzecznego. To ten odcinek, dziwne solidne kamienne schody na środku trawy. Dawniej rzecz niezwykłej sugestywności dla małego chłopca rdzawo- ruda wielka długa stara barka rzeczna leżąca na trawie, z całą skomplikowaną i tajemniczą grafiką, szyfrem swojej konstrukcji i proporcji. Most kolejowy, bynajmniej nie surowy. Kto odczuwa np. urok dawnej kolei, tych małych i dużych  (Świebodzki, Główny), oraz malutkich dworców niemieckich, ten wie jaką bajkę potrafili z tego wyczarować tamtejsi architekci kolejowi.

Ten obraz. Bardzo wysokiego kunsztu ceglana architektura, niemieckie neostyle (jak Reger). Kolor dobrej cegły w wysokiej, bardzo dobrej architekturze, kolor obszaru nieba, dobrze skomponowane przez architekta   z zielenią drzew (dęby) i trawy. I co bardzo istotne, jak w tej plastyce dobrze komponuje się cień.

Pozwolę to sobie skojarzyć z czymś co uważam za jedną z najlepszych współczesnych niemieckich specjalności fotograficzno- operatorskich: umiejętność świadomej gry z cieniem, komponowania waloru cienia, np. z pełnym światłem. Jest to zresztą bardzo trudne z elementarnych, immanentnie fotograficznych powodów, banalnych powodów technicznych.. Podstawową techniczną wadą fotografii są kłopoty ze zbyt dużym sztywnym kontrastem, zbyt małym obszarem od bieli do czerni.

No i wspaniała główna oś tego obrazu: rzeka Odra. Oraz bardzo ważny, mnogi element. Otóż w czasach Polski Rzeczpospolitej Ludowej często, często pływały tam barki, pchacze, holowniki. Wtedy Żegluga Śródlądowa była potęgą, nie mówiąc, że w ogóle "była" (rzecz banalna i powszechna za zachodnią granicą). Żegluga Śródlądowa ma nie mniejszą magię niż morze. Zwłaszcza przez krajobrazy i ludzi. To coś jak postimpresjonistyczne odkrycie magii uroku miast i codzienności.

To tyle "proszę [osobistej] wycieczki".


Ta wycieczka jest nieprzypadkowa. W sonacie A-dur jest rozległość. Gęstość wariacji, zwłaszcza w ich pięknym odpowiedniku Regera, ma w sobie lekkość powietrza krajobrazu. I u Regera przestrzeń barw harmoniki (wzięta z sonaty Mozarta) i orkiestry- mnogość motywów. Ta barwność jest przyczynkiem takiej lekkości, jak z krajobrazu. Rzeka spokojna płynąca, łagodna jak to woda. Są takie inne też bardzo znane utwory oparte na wariacjach i kontrapunkcie tych wariacji. 4ta symfonia Brahmsa i wariacje goldbergowskie Bacha. [nie dosłownie, choć temat wariacji Mozarta i pierwsze magiczne kołysanie 4tej Brahmsa mają podobny czar] Jest w nich podobny bardzo szczęśliwy i naturalny trick. Aby złagodzić kanciastość- też rytmiczną- specyficzną dla formy wariacji [wariacje fortepianowe Weberna choćby] są one oparte i zaczęte szczególnie [jak rzeka] płynnym, kołyszącym tematem wokół którego owija się tok muzyki.

Sonata.
Forma sonatowa. Sonata z wariacjami nie jest nienaturalna. Połączenie tego zagadnienia- zadania jest naturalnie sonatowe. Naturalnie sonatowe w wydobyciu czaru z przetworzenia kontrastu: energia- wymyślność skontrastowana z tajemnicą śpiewu i łagodności, melodii. Drugi utwór z tym walorem: duo B-dur na skrzypce i altówkę. Sonata "Durnitz" też jest sonatą z wariacjami. Choć nie trzeba uogólniać pośpiesznie, sonata A-dur naprawdę jest wyjatkowa.

Tu przykład genialnego- dla mnie nr1- wykonania, które dobrze ujmuje te cechy. Jest taki podwójny album Sony z jednego z "powrotów" Horowitza, z lat 1965/66.
[tam też genialne nagranie Fantazji in C Schumanna- drugi wielbiciel rzeki...]
Między innymi Horowitz gra tam arcymuzykalnie tą sonatę A-dur Mozarta.

On tam dodaje taką podobną rzecz ale w wymiarze bardziej pozamuzycznym- coś co potrafią tylko najwięksi i co bardzo imponuje, w wykonaniu Horowitza jest tam sugestia długiej narracji muzycznej. Człowiek z umiejętnością snucia długiej zajmującej i dobrze skomponowanej opowieści- to jest w tym nagraniu. [inne- nie w tym nagraniu- tak imponujące rzeczy w muzyce: rozbudowana egzystencjalna dramaturgia, wytworność- dyskretna szlachetność frazy poza muzyką] Zwłaszcza zaskakuje jeśli pamięta się powszechne skojarzenie: mały utwór pedagogiczny dla dzieci, ze śmisznym tamburynkiem na końcu, krótki.

Druga znacznie bardziej muzyczna cecha tego wykonania. Też wynikająca z tego rozwiązania łagodzenia kantów wariacji przeciwstawieniem śpiewnego, kołyszącego tematu- u Horowitza jest coś jakby z podobnych powodów ale inaczej przeze mnie kojarzone. Mianowicie podobieństwo do oddechu i szerokości frazy w symfonii Haydna. Dla mnie prawie "znak firmowy" Haydna, to charakterystyczne dokładne i naturalne rozwiązywanie napięć, z takim lekkim rustykalnym odcieniem. Horyzontalnie, "cieńkie" snucie długich ciągów fraz, motywów. Brak mi trochę tego u Mozarta. Zawsze mi się wydawało mądre to dystansowanie się Richtera do Mozarta i jakby przeciwstawianie mu Haydna. Prawie zabawnie wygląda wyraz twarzy Richtera w filmie "Enigma" (dziękuję Ci-s  :-), kiedy o tym mówi. Coś jak pies obwąchujący jeża. Richter mówi jak trudno mu nawet zapamiętać Mozarta- ma takie nienaturalne rozwiązania. Zupełnie się z tym zgadzam. To mało immanentny ale argument, przeciw tym poglądom o łatwości Mozarta.

Horowitz dodaje do tej sonaty zalety Haydnowskiej symfonii, odprężenie, bardzo długi, mądrze skomponowany oddech. Nie nudny gdyż Horowitz wykorzystuje każdy motyw i kontrapunkt w swojej opowieści.

Na koniec to "alla turca". Powiem o swoim wrażeniu: bardzo czysto muzyczne i pozytywne. Po raz pierwszy, bez żadnego wysiłku i zamiaru, z niczym mi się to nie kojarzyło, poza muzyką. Bardzo ciekawe rejestry i pomysły brzmieniowe. Nie tyle że ciekawe ale tworzące naturalną kompozycję, tok ciekawej całości. Kiedyś słyszałem podobnie: we Wrocławiu na koncercie Skrowaczewski z angielską orkiestrą zagrał mazura z "Halki". Była to fantastyczna czysta, porywająca, pozanarodowa muzyka, wspaniale skomponowana, bez żadnych lokalnych i pozamuzycznych skojarzeń. (zresztą o podobnym nieco energetycznym wyrazie, Polak Turek dwa bratanki:-). Tam też notabene wolna część serenady Haydna, "cieniutka" o muzykalności wyrazu piękna jak z najbardziej sugestywnych miraży Wagnera. Polak Skrowaczewski potrafi.

To wykonanie było zaprezentowane w programie drugim polskiego radia w audycji redaktora Andrzeja Sułka.


Ciekawe są nagrania Glenna Goulda, bardzo muzykalny sposób traktowania ornamentu muzycznego. Coś co mi kojarzy się z jazzem. Armstrong w okresie kiedy grał bardziej cool, a mniej tradycyjnie podobnie czysto chłodno i z wielkim, żywym wdziękiem traktował atakowanie i wybrzmiewanie dźwieku, tak trąbki jak swojego sympatycznego głosu. Podobna jakość "ornamentacji", taka wielka muzykalność od niechcenia- z sugestią, że to nie jest koncepcyjne a z natchnienia. Taka fajna anegdotka o innym mistrzu cool, o Karajanie. "Karajan w Paryżu nagle wychodzi z próby. Mistrzu, dokąd pan idzie? Idę posłuchać jak gra Armstrąg z orkiestrą. Chcę wreszcie usłyszeć muzykę graną równo i dokładnie."

Jest też ciekawa płyta Pogorelicza z tą sonatą.

Jednak ja jestem przekonany, że zwłaszcza Mozart jest kompozytorskim samograjem. Trudno go zepsuć i całość doznań można mieć choćby słuchając pliku *.mid. To nie Wagner czy Bartok. To coś jak z winem, jakość to przede wszystkim pozbawienie zakłóceń, psujących czysty obraz smaku. Nie są potrzebne szczególne wykonania.


Druga wycieczka. Pierwszy raz usłyszałem tą sonatę w bardzo dobrych okolicznościach. Miałem 13 lat i dwie starsze o rok koleżanki, bardzo piękne dziewczyny. Chodziliśmy razem do jednej szkoły i- co ważniejsze- razem uczyliśmy się grać na gitarze w bardzo dobrym i sympatycznym "kółku" w Młodzieżowym Domu Kultury na Kołłątaja. Dwie piękne bliźniaczki i ja ze swoją siostrą bliźniaczką. Jedna z tych sióstr Ewa grała też na fortepianie. Nam przegrywała sonatę A-dur Mozarta i trochę Chopina. Ewa miała też jedną "wadę", dla mnie wadę: fantastycznie i aż nazbyt sugestywnie opowiadała filmy o wampirach! Brr. No i mieszkały bardzo blisko. Razem mieszkaliśmy w fantastycznym miejscu- okolicy pl.1goMaja. One w świetnej starej kamienicy w pobliżu biurowca Cuprum, naprzeciw szpitala Babińskiego. Bajeczna okolica.

wkrótce rozszerzę tą stronę