Polecam w mojej witrynie zwłaszcza dwa obszerne i znaczące opisy na temat muzyki Mozarta: wypowiedzi Aleksandra Świętochowskiego i Ryszarda Straussa.

Mozart- nie dlatego, że w określonym stylu. Nie dlatego, że spokojny, klasyczny. Tego typu style mnie nie interesują. Style, nastroje, oczekiwania. Z drugiej strony nie odrzucam i tego. Ale te rzeczy nie są przyczyną, że podoba mi się ta muzyka. Wyjątkowo duża siła samego piękna. Z tego powodu bardzo podobają mi się zdania R. Straussa o Mozarcie. Fakt że styl i charakter nie jest najważniejsze w tej muzyce widać po tym, że Mozart podobał się bardzo paru kompozytorom, których drugą fascynacją był Wagner (H. Wolf)- o przecież zupełnie innym zewnętrznym wyrazie muzycznym. No i to postimpresjonistyczne oddzielenie metafizyki zmysłowego piękna, dźwiękowej dosłowności od metafizyki egzystencjalnej (Mahler/Pociej).

Nie uważam aby powierzchowna łatwość, gładkość wskazywała na 2- gą klasę. Myślę, że to kompozytor "metafizyczny" tak jak to rozumie B. Pociej (ale nie od strony egzystencjalnej). Bardzo mi odpowiada podejście do tej muzyki R. Straussa, H. Wolfa. To znamienne, że obaj byli jednocześnie wielbicielami Wagnera. Też Teodor Wyzewa. Pociąga mnie postać E. T. A. Hoffmana jako wielbiciela tej muzyki.

Symfonia koncertująca Es-dur skrzypce, altówka. Kiedyś czytałem wypowiedź A. Rubinsztajna (nie przepadam), że to szczyt muzyki. Dużo tych szczytów.. Ojstrachowie ale z Kondraszynem, K. Boehm, G. Seel to moi ulubieni wykonawcy tego super utworu, bo tu b. ważny jest dyrygent, który tą gęstą tkankęrozświetli. Piękne są też dua na skrzypce i altówkę. Fou Tsong od konc. fortepianowych, Serkin. Ładne są te koncerty z Ojstrachem i berlińską orkiestrą.

Ciekawe, w malarstwie nie byłoby takich nieporozumień. Gdyby Cezane był kompozytorem to traktowano by go jak Mozarta albo Haydna. Może ratowałaby go niejaka kolorowość. Właśnie tym czynnikiem ciężko się w muzyce ratować, gdyż ślepota na kolory muzyczne jest rozpowszechniana choćby przez miliony miernych wzmacniaczy, głośników i innych radyjek.
Ale przecież nikt o Cezanie nie powie, że jest sztampowy- niczym nie zaskoczy. Choć w fabułach jego obrazów pełno jest codzienności, zwykłości. W. Juszczak pięknie cytuje i omawia stwierdzenie: "że taki malarz jak Cezane zdarza się raz na dwieście lat- przed nim tylko Poisson. W zasadzie każdy ma choćby przeczycie wielkości i wielkiego znaczenia- wpływu na następców tego malarza."

Kiedyś jako wielbiciela Mozarta zaciekawiła mnie wypowiedź Światosława Richtera, kręcącego nosem na Mozarta i przeciwstawiająca mu Haydna, zresztą dyskretnie i bez entuzjazmu. Coś w tym jest. Richter tam zauważa, że jemu o wiele bardziej zostaje w pamięci Haydn, bo u Mozarta forma jest daleka od naturalności i jest powykręcana. Czyli na opak obiegowym wyobrażeniom na ten temat co do Mozarta. I ma rację, gdyż:

Richter to fan Wagnera.


A Thooooomas Mann tak pisze, ale o Chopinie (też członek fanklubu Mozarta):

Gram dużo Chopina i czytam o nim. Lubię anielskość jego postaci, przypominającą Schelleya, osobliwy, niezmiernie tajemniczo zawoalowany, niedostępny, ewazywny i pozbawiony przygód charakter jego egzystencji, to pragnienie niewiedzenia o niczym, to odrzucanie materialnych doświadczeń, wysublimowany gatunek jego fantastycznie delikatnej a uwodzicielskiej sztuki. Jakże przemawia na korzyść tego człowieka głęboka przyjaźń Delacroix, który pisze do niego: "J'espere vous voir ce soir, mais ce moment est capable de me faire devenir fou". Jak na Wagnera malarstwa to zdumiewające! Lecz u Chopina wiele jest rzeczy, które Wagnera- nie tylko harmonicznie, lecz w sensie ogólnoduchowym- nie tylko, że wyprzedzają, ale wręcz przerastają. Weź choćby Nokturn cis-moll, opus 27, nr 1 i ów duet, który rozpoczyna się po enharmonicznej zamianie Cis na Des-dur. Ta rozpaczliwa melodyjność przerasta wszystkie orgie Tristana- i to w intymności pianistycznej nie jako krwawa bitwa rozkoszy i bez całej corridy teatralnego mistycyzmu, tak krzepkiego w swej perwersji. Rozważ zwłaszcza jego ironiczny stosunek do tonalności, element mistyfikacji, przemilczenia, nie precyzowania, negacji, wyszydzenia znaku muzycznego. A sięga to daleko, zabawnie i przejmująco daleko...

Powyższyopis zaskakuje adekwatnością muzyczną spostrzeżeń. Nie ma tu natłoku pokątnych pozamuzycznych pomysłów literata. Opis Manna to prawie wierna fotografia muzycznej jakości Chopina. Mann nie ma kompleksów, nie odczuwa potrzeby przytłaczania własnymi pomysłami. Wie, że zrealizuje się w dobrym, przeźroczystym świadectwie o tej muzyce. Jakby fotografia. Przecież nie sprowadza się to do suchej technicznej analizy formy.


Poniższytekst udowadnia "aleatoryczną" obiektywność wrażeń muzycznych u różnych ludzi. Udowadnia przy okazji też poetycki kunszt Baudelaira- w oszczędności użytych słów, służebności wobec celu tych zdań, którym jest opis treści i tak trudnych do wysłowienia a bardzo ważnych: sensu muzyki. Dobrze widać tą jakość sztuki pisarskiej Baudelaira na tle stylu pisania cytowanych przez niego poniżej Berlioza i Liszta (skądinąd artystów bardzo mądrych i dobrze piszących). Ale to Baudelaire wydaje się najbardziej pozbawiony złych manier pisarskich tego okresu. Dla mnie niezwykły jest w jego natchnieniu po romańsku jasny i racjonalistyczny tok myśli, w tak "metafizycznej" dziedzinie, pełnej "pierwiastka mistycznego".

napisał Baudelaire:

MUZYKA PRZYSZŁOŚCI

W lutym 1860 r. Baudelaire wystosował entuzjastyczny list do Ryszarda Wagnera, który był zapoczątkowaniem bliższych stosunków pomiędzy dwoma artystami; poniekąd pośrednikiem między nimi był Liszt. Publikowany tu fragment późniejszego artykułu Richard Wagner et Tannhauser" a Paris wydrukowanego w Revue Musicale" l kwietnia 1861 r. - jest swoistym wykładem wydrukowanego w correspondance des tras, jak ją pojmował Baudelaire w ostatnim okresie.*

Tu przedruk wg: C. Baudelaire, Richard Wagner et Tannhauser" aParis, Oveurres completes

Nieraz słyszałem, jak mówiono, jakoby muzyka nie mogła się poszczycić odtworzeniem czegokolwiek z taką ścisłością, jak to czyni słowo lub malarstwo. Jest w tym prawda, ale prawda niecałkowita. Muzyka odtwarza po swojemu i środkami sobie właściwymi. W muzyce, podobnie jak w malarstwie, a nawet w słowie pisanym, będącym przecież sztuką najbardziej konkretną ze wszystkich, istnieje zawsze jakaś luka, którą dopełnia wyobraźnia słuchacza.

Te właśnie rozważania skłoniły zapewne Wagnera do uznania sztuki dramatycznej, czyli zestawienia równoczesnego zbiegu kilku sztuk, za sztukę par excellence, najbardziej syntetyczną i najdoskonalszą. Otóż jeżeli odsuniemy na chwilę pomoc plastyki, dekoracji, wcielania wyśnionych postaci w żywych aktorów, a nawet pomoc słowa śpiewanego, pozostanie nam jednakże niezaprzeczalnie fakt, że im bardziej wymowna będzie muzyka, tym szybsza i wierniejsza sugestia i tym więcej będzie szans powstania u ludzi wrażliwych idei będących w bliskim związku z tymi, jakie inspirowały artystę. Biorę natychmiast jako przykład słynną uwerturę do Lohengrina, której wspaniałą pochwałę językiem fachowym napisał pan Berlioz;

ja ze swej strony pragnę się ograniczyć do weryfikacji jej wartości poprzez sugestie, jakie nasuwa.

Czytam w programie rozdawanym w owym czasie w Theatre Italien:

Od pierwszych taktów dusza nabożnego samotnika czekającego na świętą czarę zagłębia się w nieskończonych przestworzach. Widzi on tworzącą się stopniowo dziwną zjawę, przyjmującą postać cielesną. Zjawisko to uwydatnia się coraz wyraźniej i przybierając kształt cudownego grona aniołów niosących świętą czarę przesuwa się przed nim. Święty pochód przybliża się; serce Wybrańca Bożego ogarnia coraz to większe uniesienie, budzą się w nim niewymowne pragnienia, poddaje się wzrastającemu błogostanowi, przybliża się ciągle ku świetlistemu zjawisku. Kiedy wreszcie święty Graal ukazuje mu się pośród świętego pochodu, samotnik zapada w ekstatyczną adorację, jak gdyby nagle cały świat zniknął mu z oczu.

Tymczasem święty Graal błogosławi rozmodlonego i pasuje go na swojego rycerza. Następnie palące płomienie łagodzą stopniowo swój blask. Ogarnięte świętą radością grono aniołów powraca do niebiańskich wyżyn, uśmiechając się do opuszczonej ziemi. Pozostawiły świętego Graala pieczy ludzi czystych, w których sercu rozprzestrzenił się boski nektar; dostojne grono znika w głębiach przestworzy w ten sam sposób, jak się w nich ukazało."

Czytelnik zrozumie wkrótce, dlaczego podkreślam te ustępy. Biorę teraz książkę Liszta i otwieram ją na stronicy, gdzie wyobraźnia sławnego pianisty (będącego artystą i filozofem) tłumaczy po swojemu ten sam ustęp:

Wstęp ten zawiera i ujawnia element mistyczny, zawsze obecny i zawsze ukryty w tej sztuce... By ukazać nam niewypowiedzianą moc tej tajemnicy, Wagner pokazuje przede wszystkim niewymowne piękno sanktuarium zamieszkanego przez Boga, który jest mścicielem uciśnionych, a żąda od swoich wiernych jedynie miłości i wiary. Wtajemnicza nas w misterium Graala, olśniewa oczy obrazem świątyni z niezniszczalnego drzewa, o wonnych murach, o drzwiach ze złota, belkowaniach z azbestu, kolumnach z opalu, ścianach z cymfanu, a której wspaniałe portyki dostępne są jedynie dla tych, co mają wzniosłe serca i czyste ręce. Nie ukazuje nam tej świątyni w jej okazałej, realnej budowie, ale jakby chcąc oszczędzić słabość naszych zmysłów pokazuje nam ją najpierw odzwierciedloną w jakiejś błękitnej toni lub odtworzoną przez opalizujący obłok.

Z początku jest szeroką drzemiącą powierzchnią melodii. Zwiewny eter, co się rozprzestrzenia po to, by uświęcony obraz zarysował się oczom profanów. Efekt ten powierzony został wyłącznie skrzypcom, które podzielone na osiem różnych pulpitów po kilku taktach harmonicznych dźwięków kontynuują w najwyższych tonach swoich rejestrów. Motyw zostaje następnie podjęty przez najłagodniejsze instrumenty dęte. Waltornie i fagoty przyłączając się przygotowują wkroczenia trąbek i puzonów, które powtarzają melodię po raz czwarty w olśniewającym blasku barw, jak gdyby w tej jedynej chwili święta budowla zabłysła przed naszymi oślepionymi oczyma w całej swojej świetlistej i lśniącej świetności. Ale to jaskrawe roziskrzenie doprowadzone stopniowo do siły promieniowania słonecznego nagle gaśnie jak błysk na niebie. Przejrzysta mgławica obłoków zamyka się, wizja stopniowo zanika w tych samych tęczowych oparach kadzidła, w których się ukazała, i część ta kończy się sześcioma pierwszymi taktami, które stały się jeszcze bardziej powiewne. Idealnie mistyczny charakter został osiągnięty przede wszystkim przez to pianissimo stale zachowane w orkiestrze i przerwane zaledwie przez krótką chwilę, gdy blachy kazały rozbłysnąć cudownym liniom jedynego przewodniego motywu tego wstępu. Taki właśnie obraz narzuca się w pierwszej chwili naszym poruszonym zmysłom przy słuchaniu tego boskiego adagio."

Czy wolno z kolei mnie samemu opowiedzieć, oddać słowami przekład tego ustępu, którego tłumaczenia w sposób nieunikniony dokonać musiała moja wyobraźnia, gdy słuchając go po raz pierwszy z zamkniętymi oczyma poczułem się jakby uniesiony ponad ziemię ? Nie ośmieliłbym się oczywiście mówić z upodobaniem o moich marzeniach, gdyby dołączenie ich do marzeń poprzednich nie wydało mi się rzeczą pożyteczną. Czytelnik wie, do jakiego celu zmierzamy; do wykazania, że prawdziwa muzyka sugeruje myśli podobne różnym mózgom. Nie byłoby zresztą nic śmiesznego, gdybyśmy rozumowali tu a priori, bez analizy i bez porównań, ponieważ byłoby doprawdy rzeczą zaskakującą, gdyby dźwięk nie mógł zasugerować koloru, gdyby kolory nie mogły narzucić wyobrażenia melodii, a gdyby dźwięk i kolor były niezdolne do wypowiedzenia idei, rzeczy bowiem wyrażały się zawsze przez wzajemną analogię, odkąd Bóg ogłosił świat jako złożoną a nierozdzielną całość.

Natura jest świątynią, kędy słupy żywe
Niepojęte nam słowa wymawiają czasem.
Człowiek śród nich przechodzi jak symbolów lasem,
One mu zaś spojrzenie rzucają życzliwe.
Jak oddalone echa wiążące się w chóry,
Tak sobie w tajemniczej, głębokiej jedności
Wielkiej jako otchłanie nocy i światłości
Odpowiadają dźwięki

Ch. Baudelaire, Oddźwięki, Kwiaty zła, Warszawa 1958, s. 37, przełożył Antoni Lange. 35*

Kontynuuję więc. Pamiętam, że od pierwszych taktów osiągnąłem to uczucie uszczęśliwienia, którego zapewne wszyscy ludzie obdarzeni wyobraźnią zaznali w marzeniu, w śnie. Poczułem się oswobodzony od więzów ważkości i odnalazłem poprzez wspomnienie niezwykłą rozkosz krążącą na wyżynach (zaznaczmy przy sposobności, że nie znałem wówczas programu cytowanego przed chwilą). Mimo woli wyobraziłem sobie rozkoszne doznania człowieka ogarniętego jakimś bezkresnym marzeniem w najzupełniejszej samotności, ale z olbrzymim horyzontem i wielkim rozproszonym światłem. Sam tylko ogrom bez żadnej ozdoby poza sobą samym. Doznałem wkrótce wrażenia większej światłości, intensywności światła wzmagającej się z taką szybkością, że nie starczyłoby odcieni wymienionych w słowniku dla wyrażenia tego odradzającego się wciąż przyrostu żaru i bieli. Wówczas uzyskałem całą pełnię pojęcia jakiejś duszy poruszającej się w kręgu światłości, jakiejś ekstazy złożonej z rozkoszy i poznania, unoszącej się bardzo daleko ponad światem rzeczywistym.

Z łatwością dostrzec można różnice tych trzech tłumaczeń. Wagner wskazuje grono aniołów niosących świętą czarę. Liszt widzi budowlę cudownie piękną odbitą w mglistym mirażu. Moje marzenie jest w o wiele mniejszym stopniu ilustrowane przez przedmioty materialne, jest znacznie mniej określone, bardziej abstrakcyjne. Ale ważne tu jest podkreślenie podobieństw. Gdyby były nieliczne, nie dawałyby dostatecznego dowodu. Na szczęście są liczne i aż nadto uderzające. We wszystkich trzech tłumaczeniach odnajdujemy wrażenie błogostanu duchowego i fizycznego, odosobnienia, kontemplacji, czegoś nieskończenie wielkiego i nieskończenie pięknego, intensywnego światła, radującego oczy i duszę aż do omdlenia i w końcu wrażenie przestrzeni rozległej do ostatnich granic pojmowania.

Żaden muzyk nie potrafi z równą doskonałością jak Wagner odmalować przestrzeni, głębi materialnej i duchowej. To uwaga, od której nie mogły się powstrzymać przy różnych okazjach liczne i najwybitniejsze umysłowości. Posiada on zdolność przedstawiania poprzez subtelne stopniowanie wszystkiego, co" nadmierne, olbrzymie i dumne w człowieku duchowym i fizycznym. Niekiedy przy słuchaniu tej płomiennej i władczej muzyki wydaje się, że odnajdujemy odmalowane na tle ciemności rozdartych przez marzenie zawrotne fantasmagorie zrodzone przez opium.

Począwszy od tej chwili, to znaczy od pierwszego koncertu, zostałem opętany pragnieniem bliższego zapoznania się z tymi szczególnymi dziełami. Dokonało się we mnie (tak mi się przynajmniej wydało) jakieś duchowe działanie, jakieś objawienie. Doznanie rozkoszy, tak było we mnie silne i przemożne, że nie mogłem się powstrzymać od pragnienia bezustannego powrotu do tych dzieł. W odczuciach moich było niewątpliwie wiele z tego, co poznałem już dzięki Weberowi i Beethovenowi, ale również i coś nowego, czego nie byłem zdolny określić, a ta niezdolność wywoływała we mnie gniew połączony z ciekawością, którą się dziwnie delektowałem.


Fanklub Mozarta:

Aleksander Świętochowski
Gounod
Teodor Wyzewa
Ryszard Strauss
Chopin
H. Wolf
E. T. A. Hoffman
Czajkowski
Klara Haskil
Brahms
Messiaen
Panufnik
K. M. Weber
Albert Einstein
Kroński ("Tygrys")
Haydn
G. W. Cziczerin
L. George

jeśli wiesz o innych to mail tu:
mozarthobby@poczta.onet.pl