Kiedy czytam książki o muzyce, szczególne wrażenie robią na mnie zdania poświęcone temu jak wybitni muzycy słuchają muzyki, któtra pozostaje w ich najlepszych wspomnieniach.


słowa Witolda Lutosławskiego
ze świetnej strony http://www.republika.pl/witold26

Pamiętam kiedy Światosław Richter grał w Warszawie III koncert Beethovena. Był to pierwszy utwór, który Richter grał poza Rosją (może nie Rosją, a Związkiem Sowieckim) . On grał ten koncert w taki sposób, że gdyby postawić metronom, to prawdopodobnie on by poza ten metronom nie wyszedł. A to wykonanie robiło piorunujące wrażenie. Było ono napełnione jakąś nieprawdopodobną mocą, trudną do opisania i określenia. Czasem zresztą można określić, na czym ta tajemnicza moc polega.
[Richter wyjątkowo pięknie nagrał ten koncert z R. Muttim- grał szczególnie delikatnym dzwiękiem, co nieczęsto mu się zdarza. Obaj artyści są na tej płycie w pełni dyspozycji natchnienia. 3ci koncrt Beethovena to utwór niezwykle ważny, wyjątkowo go cenili tak natchnieni artyści jak Gould, czy Witold Hulewicz. Też zjawiskowo wykonywała tą niezwykłą muzykę Klara Haskil, bez podpierania się obiegowymi zaletami "brawury", "siły".]

Wysłuchanie III Symfonii [Szymanowskiego] zrobiło na mnie wówczas wrażenie stanowiące rodzaj szoku. Przez kilka następnych tygodni czułem się niemal jak pod wpływem jakiegoś silnego narkotyku. Próbowałem na klawiaturze - jak wspomniałem mając zaledwie 11 lat - odtworzyć skomplikowane i niesłychanie atrakcyjne harmonie Szymanowskiego, co oczywiście nie było sprawą łatwą.
[To jest jeszcze jeden dowód na to, że muzyka poważna jest wyjątkowo głęboko przeżywane także przez ludzi bardzo młodych. Oczywiście Lutosławski to nie byle kto. W takim wieku wrażliwość zmysłowa, zmysł słuchu jest bardzo wrażliwy. Muzyka nie wymaga tak bardzo dorosłej dojrzałości, w takim stopniu jak wymaga tego recepcja literatury, czy historii.]

Jednym ze wspomnień, które pozostało mi na całe życie i nigdy nie zostało przez nic prześcignięte (jeśli tak można w ogóle powiedzieć), są występy Józefa Hofmanna. Słyszałem cztery razy na żywo grę tego pianisty, którego płyty nie dają absolutnie żadnego pojęcia o tym, jak wielkim był on artystą. Pozostawione przez niego nagrania są właściwie karykaturą jego gry, dlatego nikomu bym nie rekomendował zapoznawania się z fenomenem Hofmanna za pośrednictwem rejestracji płytowych. Muszę powiedzieć, że i dziś, mając w pamięci interpretację Sonaty op. 111 Beethovena dokonaną przez Józefa Hofmanna, nie mogę tego dzieła słuchać w żadnym innym wykonaniu, choćby nawet najlepszym. W moim mózgu zapisała się ona na zawsze, podobnie zresztą, jak kreacje innych późnych sonat Beethovena - op. 109 i op. 110, z których po jednej Hofmann grał na każdym z trzech recitali warszawskich. Poza tym zapamiętałem oczywiście plejadę wielkich wykonawców. Jeśli chodzi o pianistykę niezatarte wrażenie zrobił na mnie także Robert Casadesus, który przyjeżdżał do Warszawy co roku i miał tutaj bardzo sobie oddaną publiczność. 
[Odwieczne i magiczne zagadnienie techniki nagraniowej i jakości sprzętu jaki mamy w domu. Jak wiele od tego zależy, ile muzyki nie "przecisnęło się" przez mikrofony. Warto troszkę zainwestować w swój sprzęt grający.]


 

Panufnik o Furtwanglerze:
Początek 6tej Symfoni Beethovena, był wykonany w niezwykle wolnym tempie, ale z niewiarygodną siłą wyrazu i poezją.


Dawid Ojstrach o Furtwanglerze:
Na okładce płyty winylowej gdzie Ojstrach dryguje uwerturami Wagnera, Beethovena, Schumana jest b. ciekawa faksymila listy Ojstracha do jednego z dyrektorów teatru. Ojstrach pisze: nie wyobrażam sobie większego szczęścia niż w oswobodzony od pracy wieczór słuchać z partytyrą w rękach nagrania na którym Furtwengler dyryguje Tristanem.
faksymila źródła powyższego tekstu


 

Ojstrach jest żydowskiego pochodzenia. Jeden z członków kwartetu Amadeus, też żyd:
Po wojnie był przepojony nienawiścią do niemców, poszedł na koncert gdzie Furtwangler dyrygował Eroicą. Powiedział: "Nigdy nie zapomnę tych akordów otwierających tą symfonię- to był po prostu inny świat"


Czasopismo "JazzForum":
W poważnym artykule przeczytałem takie zdanie, że "Kwartety Słoneczne" Haydna to szczyt tej formy i dużo więcej w tej dziedzinie nie da się zrobić. Piękna rzecz i mądra.


 

Pociej o wykonaniach Schweitzera i (też) B. Waltera:
Ten stopień muzyczności da się tylko porównać z innym fenomenem w tej dziedzinie, mianowicie ze sztuką dyrygencką Bruno Waltera. To jak Walter prowadzi Mozarta, podobne jest w jakiś sposób do tego, Jak Schweizer gra Bacha. U obydwu artystów jest jakieś nieprawdopodobne rozmiłowanie w muzyce, wejście w nią, nie tyle jej kształtowanie, co całkowite dostrojenie się do jej toku; realizowanie utworu poprzez wsłuchiwanie się w głos kompozytora, poprzez głębokie wczuwanie się w jego intencje. [...] Wielka, dantejska "miłość co gwiazdy porusza i słońce", przemawia do mnie z tych twarzy. Ludzie tego rodzaju właśnie są jak gdyby tu, na ziemi, najsilniejszymi ogniskami "kosmicznej", twórczej i poruszającej miłości.
[Chm, praktykujący granie w kościele organista, coś w tym jest. Mimo negatywnych skojarzeń.]