Słucham wielu rzeczy i raczej w doborze nie zwracam uwagi na styl, charakter zewnętrzny. Mam na myśli takie kategorie jak: mroczna, spokojna, "klasyczna", romantyczne, impresjonistyczna, poetyczna, "snujowata", dynamiczna, dramatyczna itp. No ale Mozart to był dla mnie początek i to od razu szczególnie dla mnie dobry i mocny. To wyglądało tak: leżałem sobie, muzyka była tylko tłem (KV200 Symfonia C- dur zdaje się). Kiedy się obudziłem miałem wrażenie, że słyszałem coś niesamowicie pięknego- w taki bardzo szczególny sposób. No i tak jakoś bez zastanowienia ukuła się we mnie taka technologia słuchania tej muzyki. Oczywiście nie przez sen. Leżenie z zamkniętymi oczami i wsłuchiwanie się przez kilkanaście minut. Potem nadchodziło to "coś" szczególnego. I byłem wciągnięty w tą kompozycję fraz, melodii, jak przez dobry film, który sam wytwarza skupienie i atrakcyjność.

Żeby było jasne, całe przeżycie dotyczyło dokładnie muzyki, dźwięków- nie jakieś słyszenie duszy, czy innych ufoludków lub uniwersum. Jak to lubię porównywać tak: "jak widok pięknej, konkretnej karoserii". Tyle że samo piękno dźwięku, po prostu stawało się czymś zupełnie wyjątkowym (jak w życiu wyjątkowy jest erotyzm, wino i inne delikatne rzeczy). Nie do opowiedzenia. Podparłbym się tym określeniem Baudelaira "pierwiastek mistyczny".

Wydaje mi się, że nie mam tolerancji co do nienormalności i jestem bardzo podejrzliwy wobec różnych dziwaczeń podpierających się tymi sloganami "mistyczny" etc. Nawet pewne sprawy uznane przez kościół nie są przeze mnie akceptowane. Np. kiedyś naczytałem sobie trochę Jana Od Krzyża- (Doktor Kościoła) odrzucało to mnie i po prostu nie podobało się.
Z podobnych względów nie do końca podobają mi się niektóre rzeczy u Mahlera.

Myślę że dość dobrze przybliżałoby zakres tej kategorii przytoczenie właśnie tych czysto muzycznych i prawie fachowych kompetencji- komplementów: słuch absolutny, absolutna pamięć muzyczna. To są rzeczy bardziej z konkretnych zmysłowych obszarów: barwa, kształt, dotykalność "słuchem" dźwięków, architektury utworu.

Poza tym ta technologia słuchania, była możliwa tylko do Mozarta. Działało to wyjątkowo łatwo i niezawodnie zawsze, bez względu na dzień, humor i godzinę. Jak jakaś maszynka- narkotyk do tworzenia stanów estetycznych z najwyższej półki. Przypomina mi się to zdanie Ryszarda Straussa: w liście do swego przyjaciela Ludwika Thuille, jeszcze jako monachijski gimnazjalista, powiedział o Symfonii Jowiszowej: "najpiękniejsze dzieło, jakie kiedykolwiek słyszałem... Przy finałowej fudze zdawało mi się, że jestem w niebie".

Zachwyty, zwłaszcza takie zawsze brzmią trochę dziwacznie i potrafią nawet zniechęcać tym, zamiast zachęcić. Ale konkretny "interface", medium jednak wzbudza zaufanie dokładnie jak te dobre wykonania, ze świetnie rozłożonymi frazami, oddechami, i widoczną jednak w tle rzetelną robotą i wykonawcy i Mozarta. Ten środek, medium to kompozycje Mozarta.

Jasne, ze nie należy nikomu się narzucać, zwłaszcza z czymś dość niecodziennym, ale w liceum koledze od słuchania muzyki radziłem żeby spróbował. Przede wszystkim dlatego, że wydawało mi się to naprawdę łatwe i naturalne. Ot co.