J. Haydn, do Leopolda Mozarta:
"Bóg mi świadkiem, jakem uczciwy, oświadczam panu: pański syn jest największym kompozytorem, jakiego znam osobiście czy z nazwiska; ma smak i ponadto najgłębszą wiedzę kompozytorską"

Te słowa zostały wypowiedziane w lutym 1785 r., w sobotni wieczór, gdy po raz pierwszy wykonano trzy kwartety smyczkowe Mozarta, KV428, 464 i 465, dedykowane Haydnowi.


Do tego Haydna mam jeszcze odleglejsze richterowskie skojarzenie,
ale mimo to wydaje mi się tu pasować. Oto ono:

moja ulubiona płyta Richtera to takie dość opisywane np. przez ś. p. J. Łętowskiego nagranie 13 preludiów Chopina z Japonii lata 80te. Oprócz Mozarta nic mnie w tak gwarantowany sposób nie przenosiło w dotykalną muzyczną "metafizykę" (nie lubię tego pretensjonalnego słowa ale cóż...). Odlot bez względu na usposobienie w danym dniu i szarość dnia "Du holde Kunst". A znam te opisy Łętowskiego, też redaktora Webera. Że to ciężkie, chmurnobarwne i pesymistyczne.
Mi nastrojowo to nagranie kojarzyło się dokładnie odwrotnie. Jak gdyby viaWagner barwne. Przez rodzaj kantyleny "jakby grała to bardzo wrażliwa piękna dziewczyna", taka uroda kojażąca się z mirażami impresjonizmu. Zewnętrznie, tak na "mędrcę szkiełko i oko" jasne że to przyciężkie brzmienie, to samo dałoby się powiedzieć o Richterowskim Debussy'm (który tak zachwycał np. Małcużyńskiego)

Chm Richter to bardzo duża uczciwość (czyli dyspozycyjna niezawodność natchnienia) życia wewnętrznego muzyki. Tak samo w tym Haydnie Richterowskim. To nie jest jak takie bezpośrednie dojście przez całą wymuskaną dźwiękową machinę. (z najlepszych agregatów Revoxa z audiofilskim dzieleniem włosa na czworo za pomocą burzy ezoterycznych przymiotników)

Haydn nie epatuje brzmieniem zewnętrznie. Jak Bach. Jak Bach to :) Glenn Gould. Porównywanie Glena Goulda do Richtera mi z pamięci wywołuje taki nie wiedzieć czemu częsty uczniowski błąd: U+I, dodawanie woltów do amperów. To są po prostu inne wielkości, niewątpliwie "elektryczne" ale inne. Gould o wiele lepiej wypada na dobrym sprzęcie, jest oczywiście głęboki ale działa przez swoje niesamowite zewnętrzne pomysły od razu (świetnie ŚWIEŻE przerafinowane figuracje i Fantazja w sonatach Mozarta), to z przywiązania do kontrapunktu. Richter, choćby w tym Haydnie tak brany od zewnątrz, będzie się może często wydawał jak ten Richterowski Chopin przyciężki, ale z nieistotnego "zewnątrz". Pod tym względem Richter mi bardzo przypomina Furtwanglera- to nie jest osiąganie wyrazu i głebi przez zewnętrzne doskonalenie.

Potrafi być i z zewnątrz doskonały i lekki (dla mnie np. nagrania z Maazelem koncertów Prokofiewa i Bartoka, arcygenialny 3ci koncert Beethovena z Mutim).

Papa Haydn. "Papa" brzmi prawie jak "Gęba", gombrowiczowska oczywiście ("dostać w papę"). Po audycji pana Sułka ostatnio taka informacja o 4tej Brahmsa ze Skrowaczewskim. Skrowaczewski nie ułomek. Jak ktoś tak rzucił na kolana jak on Wrocławską krytykę z orkiestrą Halle. Dla Skrowaczewskiego Haydn to postać ze ścisłej "trójcy" Bruckner, Brahms to pozostałe nazwiska, no może było jakieś czwarte (Bartok?).
Wtedy na Wratislavi jednym z bisów była wolna część serenady Haydna, Haydna. Czyste czarodziejstwo i magia, geniusz. Jak z tak "cieńkiej" i "prostej" linii melodycznej Haydn- jak to pokazał Skrowaczewski- mógł wyczarować coś tak nieprawdopodobnego do czego Wagner potrzebowałby całej masy dźwięku.
To przywiązanie Skrowaczewskiego do Haydna, Brucknera wywołuje we mnie taką asocjację: Haydn ma się tak do Mozarta jak Bruckner do Mahlera. Bruckner jest nie mniejszy. Klemperer mawiał że grał więcej Mahlera bo sporo zawdzięczał jego protekcji, ale- mówił- że bardziej cenił Brucknera.
To już się robi paplanina a nie skojażenia ale celowo chcę zestawić te nazwiska z HAYDNEM (tylko) jako pewien typ męskości, temperamentu: Skrowaczewski, Klemperer, Bruckner, Bartok. Tak samo jak oni Haydn nie jest "Papą"; Pater Noster, Jupiter ;-) jeśli już. I ranga muzyczna jest na podobnym poziomie co w tym "Herrschaft": Skrowaczewski, Klemperer, Bruckner, Bartok, Brahms.

Po tych audycjach "Richter gra Haydna" pana Sułka szukałem sobie po sieci jakiś ciekawych stron o Haydnie. Bezskutecznie na razie (może ktoś podrzuci URLe).
Takie pisanie o klasycyźmie, w duchu Wyzewy. Takie. Jak kogoś interesuje malarstwo to mu dużo łatwiej, tam Poissonowi gęby= papy się nie dorabia- "się wie" jak to szanować. Warto o tym np poczytać książeczki pana W. Juszczaka.


Tekst poniższego felietonu dostałem od Sł. Wieczorka- dziękuję. Pochodzi on z Gazety Wyborczej a nawiązuje do ciekawego dla mnie problemu z którym się nie zgadzam. Szanuję ten sposób porównania Haydna z Mozartem. P. Wierzbicki pisze m. in.: "Podchodzę do sterty na podłodze i wyciągam z niej starą czarną płytę, by jeszcze raz posłuchać Symfonii numer 104 Haydna wykonanej tak, jak ona na to zasługuje: nie a la cacuszko, rozkosznie, w "stylu epoki", tylko nowocześnie, po beethovenowsku, z rozmachem. Gra Orkiestra Clevelandzka, dyryguje George Szell."

Nagrania Haydna Szella są wspaniałe, ale raczej dlatego, że są tylko Haydnowskie. Nie "nowoczesne", nie beethovenowskie. Mozart- jego piękno polega na zupełnej orginalności tej sfery, którą kojarzy się z późnymi kwartetami Beethovena. Więc w podstawowym znaczeniu nic do tego nie mają takie porównania jak poniższe. Do sedna pasują bardziej teksty Świętochowskiego, R.  Straussa. 

Felieton Piotra Wierzbickiego z cyklu "Moje płyty":

Włączyłem telewizor, zacząłem wędrować pilotem po kanałach i nagle zatrzymałem obraz. Ujrzałem Światosława Richtera. Wielki pianista - to musiało być na krótko przed jego śmiercią - był cieniem tego Richtera, którego pamiętamy z estrady - mówił o swoim życiu; opowieść przerywały fragmenty publicznych występów. Mówił wolno, chwilami się zamyślał. W pewnej chwili usłyszałem słowa:

- Wolę Haydna.

- Od kogo? - zapytał prowadzący rozmowę.

- Od Mozarta - odpowiedział Richter.

Tu Richter zaczął rozwijać swą myśl, mnie zaś przemknęło przez głowę, że gdybym brał udział w tej rozmowie, wtrąciłbym niechybnie:

- Ja też.

Jest właściwy moment, żeby wyłożyć karty na stół. Gdy autor uruchamia muzyczną rubrykę, winien możliwie szybko przedstawić, choćby w jakimś istotnym wycinku, swój muzyczny gust.

Mozart jest w koncertach fortepianowych niezrównany. Numery XX, XXI, XXIII, XXIV, XXV, XXVII to niedoścignione popisy sztuki dialogu między solistą a orkiestrą, rozmowy porywającej, euforycznej, chwilami dramatycznej, trzymanej nieomylnie w ryzach piękna. Kto by chciał uznać operę "Don Giovanni" za muzyczne arcydzieło wszech czasów, nie popełni błędu. Udała się tu Mozartowi kuglarska sztuczka, której ani przed nim, ani po nim nie dokonał nikt: stopił w jednym muzycznym geście grozę z kpiną, mrok istnienia z komedią życia. Miał nadludzką łatwość wymyślania tematów zwięzłych, przejrzystych, wymownych. Jego muzyka frunie.

Haydn nie miał daru wymyślania genialnych tematów. Jego muzyka nie frunie. Jego koncerty instrumentalne z Mozartowskimi się w żaden sposób nie równają. Nie potrafił brylować i primabalerinować, nawet w sonatach fortepian brzmi u niego trochę tak, jakby był fragmentem orkiestry. Jest antysolistyczny, antyeuforyczny, antyurokliwy. Ale za to tam, gdzie wypada oddać pole w i e l u głosom, gdzie trzeba nadać im równość, tak aby żaden nie wynosił się nad pozostałe, gdzie nie ma miejsca na solistyczne "ja", gdzie nie liryk ma przemówić czy dramaturg, lecz epik, gdzie euforyczny pęd nie wystarcza, gdzie szczególnie pożądaną wartością staje się c z a s, tylko nie ten zadyszany, rwący się, tylko ten szafowany hojnie, nieskąpiony... - tam górą jest ten prozaiczny rzemiecha, który nie był cudownym dzieckiem, dojrzewał z wolna, żył długo i nie został pochowany we wspólnym grobie.

Tak wkraczają do gry kwartety i symfonie Haydna. Dzieła zdumiewające. Ten (nie dajmy się zwieść słówkom "stary Haydn") notoryczny awangardzista, wynalazca, eksperymentator, muzyczny rewolucjonista (co prawda bez fanfar i gestów) tworzył muzykę, której głównym znamieniem jest dystans. Dzieła wyjątkowe. Nikt - ani Mozart, ani Beethoven, ani żaden z następców - nie dorównał na tym polu Haydnowi w wewnętrznej harmonii, równowadze, mistrzostwie skończonym, apollińskim.

Nie będąc akuszerem genialnych tematów, był mistrzem przetworzeń. Potrafił z byle czego wysupłać strukturę stupiętrową. Gdy w finale kwartetu czy symfonii odzywa się na samym początku jakiś durny katarynkowaty "wlazł kotek", możemy być pewni, że ten kotek już za chwilę przemieni się w groźnego tygrysa. Za chwilę, ale również tylko n a c h w i l ę: Haydn dowcipkuje sobie w tych dziełach na całego, zgrywa się, wygłupia, przygotowuje niespodzianki, zastawia pułapki, parodiuje, z rzadka tylko (symfonie środkowe - okres "burzy i naporu") popadając w nastrój melancholii bądź (symfonie ostatnie, londyńskie) zbijając nas z tropu groźnym, już wręcz beethovenowskim pomrukiem.

Podchodzę do sterty na podłodze i wyciągam z niej starą czarną płytę, by jeszcze raz posłuchać Symfonii numer 104 Haydna wykonanej tak, jak ona na to zasługuje: nie a la cacuszko, rozkosznie, w "stylu epoki", tylko nowocześnie, po beethovenowsku, z rozmachem. Gra Orkiestra Clevelandzka, dyryguje George Szell.