Clara Haskil


poniższy artykuł pochodzi z czasopisma "Jazz&Classics"
autorem jest: Przemek Psikuta
artykuł został skopiowany z portalu Onet, z adresu:
http://muzyka.onet.pl/kl,1177719,1,429,artykul.html
akapity o Mozarcie przeniosłem na początek

MOZART

Niektórzy twierdzą, że właśnie w depresyjnych stanach, wywołanych jarzmem choroby, odkryła swą dozgonną miłość do Mozarta, którego muzyka do tamtego momentu odgrywała w jej repertuarze rolę raczej marginalną. Jedno jest pewne - od czasu tego kryzysu jej mozartowskie interpretacje można określić jako introwertyczne, głębokie, ciemne, nie mające w sobie nic z tak zwanego uroku, z którym tak wielu gra utwory twórcy Wesela Figara.

Pewnego razu jeden z dyrygentów zapewniał ją o specyficznym, rokokowym zapachu muzyki Mozarta, na co usłyszał: Nie używam perfum, nie zamierzam więc perfumować Mozarta. Nie będę go grała w zapachu rokoko, ani w żadnym innym. Gram wyłącznie to, co napisał. To wszystko. Właśnie owemu czystemu, szlachetnemu potraktowaniu Mozarta Clara zawdzięcza swój przydomek "świętej fortepianu" (nazwał ją w ten sposób niemiecki muzykolog - Joachim Kaiser). Po jednym z jej występów w niemieckim czasopiśmie Merkur pojawiło się stwierdzenie: Została zesłana na ziemię, by grać Mozarta.

Sława rosyjskiej pianistyki - Tatiana Nikołajewa, w rozmowie z badaczem twórczości Haskil, Alainem Lompechiem, wspomina wydarzenie niezwykłej urody. Kiedy pierwszy raz otrzymała pozwolenie na opuszczenie Związku Radzieckiego, zdecydowała się na krótką podróż do Salzburga. W Moskwie, tuż przed wyjazdem, wszyscy znajomi trąbili: W żadnym wypadku nie przegap występu Herberta von Karajana - podobno jest nowym Toscaninim! Nikołajewa zrobiła więc wszystko, aby znaleźć się na jego koncercie. W dodatku była świadkiem historycznego wydarzenia, albowiem występ, na który trafiła, był pierwszym powojennym pojawieniem się Karajana przed żywą publicznością, a wszystko odbywało się tuż po zdjęciu z niego zakazu dyrygowania przez aliantów.

Nikołajewa: W programie była symfonia Mozarta, a po przerwie jego koncert fortepianowy z Clarą Haskil jako solistką. Nazwisko to nie oznaczało dla mnie zupełnie nic - po prostu jej nie znałam. Poprowadzeniem symfonii byłam rozczarowana. To, co usłyszałam, było bardzo przyzwoite, ale dalekie od moich wyobrażeń czy oczekiwań. Po przerwie jednak wróciłam, ale w momencie, gdy na scenie pojawiła się całkowicie zawstydzona Haskil - chciałam stamtąd uciec! Jej ciało całe było powyginane, jej siwe włosy rozczochrane. Na Boga! Wyglądała jak wiedźma.

I znów introdukcja orkiestry przebiegała bardzo poprawnie, lecz nie było w tym nic prawdziwie inspirującego. Jednak to, co wydarzyło się kilka chwil później, kiedy Clara Haskil położyła swe ręce na klawiaturze... Powiem tylko, że po moich policzkach popłynęły łzy. Przybyłam tam, aby usłyszeć nowego Toscaniniego, w zamian usłyszałam najwspanialszą wykonawczynię Mozarta w swoim życiu! Jej siła perswazji była przeogromna, jej magnetyzm tak silny, że natychmiast wszystko uległo zmianie: dialog rozpoczęty przez tę kobietę o drażniącym wyglądzie był tak płynny i naturalny, że orkiestra i dyrygent zostali zaczarowani. Dzięki niej dotknęli muzycznej prawdy. To już nie Karajan ich prowadził tylko palce i serce Clary. Nigdy nie zapomnę sposobu, w jaki instrumenty dęte drewniane w locie łapały jej frazy i jak ona stopiła się z nimi brzmieniowo. Był to najdoskonalszy występ solisty z orkiestrą na jakim kiedykolwiek byłam!

Choć grywała Debussy'ego, Rachmaninova, Scriabina, a nawet Hindemitha, to jednak właśnie w Mozarcie była bliżej dotarcia do absolutu niż ktokolwiek inny - mawiał jej rodak Dinu Lipatti. Oczywiście z czasem musiała nieco ograniczyć repertuar ze względu na swoją kruchą fizyczność, pewne utwory wymagają przecież od wykonawcy przygotowania iście siłowego. Inny admirator jej talentu - bułgarski pianista Alexis Weissenberg, do tego stopnia entuzjazmował się unikalnością Mozarta Haskil, że sam zupełnie przestał wykonywać jego muzykę.

Kiedy po walce z chorobą powróciła na scenę w lutym 1920 roku, jej gra nie straciła nic ze swej przenikliwości, lecz na drodze rozwoju kariery pojawiła się następna, bardzo poważna przeszkoda - tajemnicza, irracjonalna trema dopadająca pianistkę w najmniej spodziewanych momentach. Coś, czego nie potrafiła się pozbyć, coś, co sprawiało, że każdy jej występ czy nagranie były prawdziwą torturą. Reagowała wówczas mocnymi atakami gorączki, niekiedy wręcz wypychano ją na scenę, kiedy nie było mowy o dobrowolnym pojawieniu się tam artystki.

Szczególnie w nagraniach koncertowych owa nieszczęsna trema wydaje się być namacalna. Zauważalne są nieco przyśpieszone tempa w początkowych frazach utworów, lekka niepewność, a nawet niedokładnie trafione dźwięki. Niezwykle samokrytyczna postrzegała swe pomyłki jako o wiele poważniejsze, niż były w rzeczywistości: Jeszcze nigdy nie zagrałam tak źle, z takim wariackim tempem, to skandaliczne! Ludzie do dziś wspominają grymas zaskoczenia, pojawiający się na twarzy Clary tuż po aplauzie publiczności, notorycznie kończącym jej występy w ostatnich latach kariery. Po zamilknięciu ostatnich dźwięków zawsze ściskała rękę dyrygenta, aby nie zostawiał jej samej na pastwę szalejących słuchaczy. Była zaniepokojona statusem gwiazdy: Nie wiem jak to się stało. Nie sądzę abym grała teraz lepiej niż kiedyś, a tu nagle wszyscy chcą mnie słuchać.


Clara Haskil - "Święta fortepianu"

Jest 23 września 1950 roku, sobota. W Winterthur w Szwajcarii muzycy lokalnej orkiestry nagrywają dwa Koncerty fortepianowe Mozarta: F-dur, KV 459 i d-moll, KV 466. Są bardzo podekscytowani, w stanie najwyższej gotowości. Dyryguje Czech - Henry Swoboda - uczeń legendarnego Vaclava Talicha, współzałożyciel amerykańskiej wytwórni Westminster, dla której dokonywane jest opisywane nagranie.

Tydzień wcześniej zarejestrowano tu III Koncert fortepianowy c-moll, op. 37 Beethovena i jedenaście Sonat fortepianowych Scarlattiego. Główną rolę w całym przedsięwzięciu odgrywa skromna, drobna kobieta, która właśnie czeka przy fortepianie na zapalenie się czerwonej lampki, oznaczającej początek rejestracji. Pogrążona w głębokiej koncentracji, wydaje się zupełnie nie zważać na obecność innych. Gęste, szare włosy upięte w kok, ciemne, aksamitne oczy o ciężkich powiekach, wielki nos, długa szyja - szczupła i delikatna jak jej dłonie, spoczywające jeszcze na kolanach. Jasna bluzka, czarna spódnica, przyduże, ciężkie buty, żadnej biżuterii.

To strzępy wspomnień tych, którzy mieli okazję przyjrzeć się jej z bliska (a może nawet na żywo jej posłuchać?!), spisane skrzętnie przez oddanych jej biografów. W momencie dokonywania tych westminsterowskich nagrań ma 55 lat, ale siedząc przy fortepianie wygląda ponoć o wiele starzej. Pytająco - błagalne spojrzenie na dyrygenta i cały zespół realizujący nagranie. Już??? Nie, jeszcze chwilę cierpliwości, prosimy... Bez tremy proszę! Nie w tak ważnym dniu, nie w tak decydującym momencie! - ta myśl nurtowała ją zawsze, kiedy dochodziło do konfrontacji z jakimkolwiek słuchaczem.

To dopiero jej drugie nagranie studyjne! Trzy lata wcześniej, w Londynie, zarejestrowała Czwarty Beethovena (z London Philharmonic pod Carlo Zecchim) - studyjny debiut w wieku, w którym inni już od dawna tylko odcinają kupony od swojej sławy. Przez kilka chwil byłam naprawdę szczęśliwa i usatysfakcjonowana tym, co zrobiłam - napisała po jednym ze swoich koncertów w 1945 roku. Z biegiem czasu dochodzę do wniosku, że nie powinnam na siłę poprawiać swoich interpretacji wierząc, że mogę osiągnąć więcej, niż jestem w stanie. Swego sukcesu nie zawdzięczam przecież ani urokowi osobistemu, ani młodości, a jedynie wrażeniu, jakie na słuchaczach wywiera moja gra. Właśnie to jest dla mnie źródłem największej satysfakcji, szczególnie, że moja kariera dobiega końca. Mówiąc te słowa nawet nie podejrzewała, że jej prawdziwa droga artystyczna dopiero się rozpocznie...

LOS

Wśród pianistów XX wieku bodaj nikt nie musiał tak długo czekać na należne mu uznanie, jak właśnie Clara Haskil. Urodziła się w Bukareszcie, 7 stycznia 1895 roku, w rodzinie żydowskiej o rozległych tradycjach muzycznych. Była jedną z trzech muzykalnych sióstr: najstarsza Jeanne grała na skrzypcach, najmłodsza Lili na fortepianie, Clara na obu tych instrumentach, a co więcej - zapowiadała się jako geniusz matematyczny! Jej ciotka - Clara Moscona, była bardzo utalentowaną i dobrze zapowiadającą się pianistką - zmarła jednak w wieku lat 20. Początkowo wydawało się, że to skrzypce będą pierwszym instrumentem Clary - bardzo wcześnie osiągnęła w grze na nich wysoki poziom techniczny.

I to właśnie dzięki temu epizodowi z czasów dzieciństwa w lot chwytała później najdrobniejsze intencje swoich partnerów w muzyce kameralnej, a byli nimi tak wybitni skrzypkowie, jak: George Enescu, Josef Szigeti, Zino Francescatti, Henryk Szeryng czy wreszcie Arthur Grumiaux. W okresie dojrzewania, pod wpływem zbyt szybko postępującego wzrostu, odezwały się pierwsze poważniejsze problemy z kręgosłupem zdolnej adeptki wiolinistyki i Clara musiała przerwać naukę gry na skrzypcach.

W roku 1903 rozpoczęła naukę gry na fortepianie u Richarda Roberta, późniejszego nauczyciela Rudolfa Serkina. Jest obdarzona iskrą Bożą! - pisał jeden z oczarowanych krytyków po tym, jak dziesięcioletnia Clara dała swój pierwszy recital w Wiedniu. Rok później została przyjęta do Konserwatorium Paryskiego, robiąc piorunujące wrażenie na nowo mianowanym dyrektorze tej szkoły - Gabrielu Fauré (na egzaminie wstępnym grała jego utwory). W roku 1907 trafiła do klasy Alfreda Cortota - ponoć nie do końca dbającego o właściwy rozwój talentu Clary (była przecież bardzo "skomplikowanym przypadkiem") - chuchającego przede wszystkim na własną karierę. Cortot przygotował Haskil długą listę utworów, nad którymi miała pracować przez okrągły rok, lecz gdy po trzech miesiącach wszystko perfekcyjnie opanowała stwierdził, że absolutnie niczego nie jest już w stanie jej nauczyć...

W 1910 roku z wyróżnieniem kończy Konserwatorium Paryskie (w wieku 15 lat!) - na jej dyplomie obecni byli między innymi: Maurycy Moszkowski, Raoul Pugno, Gabriel Fauré, George Enescu. Niedługo po tym, po raz pierwszy słyszy ją Ferruccio Busoni, który jest tak oczarowany jej wykonaniem własnej transkrypcji Chaconny d-moll Bacha, że proponuje jej studia u siebie w Berlinie. Niestety matka Clary kategorycznie sprzeciwia się wyjazdowi córki (tak więc, w przeciwieństwie do tego, co podaje The New Groove Dictionary of Music, Haskil nigdy się u Busoniego nie uczyła, czego żałowała podobno do końca życia).

W roku 1912 Ignacy Jan Paderewski zaproponował pianistce pierwsze tournée po Ameryce, które niestety nie doszło do skutku z powodu postępującej choroby Haskil. Przez następne cztery lata Clara była całkowicie unieruchomiona, nie mogąc ćwiczyć. Ciężka skolioza zmusiła ją do "wegetowania" w specjalnym gorsecie, co było dla artystki istną torturą, powodującą zanik wielu mięśni. Cierpienia, bólu i rozpaczy, towarzyszących nieszczęśliwej chorobie, nie zapomniała już do końca życia.

Śmierć matki (ojciec zmarł znacznie wcześniej) zmusiła ją, mimo krytycznego stanu zdrowia, do zarabiania na życie w roli korepetytorki. Skazane było to jednak na niepowodzenie, ponieważ choroba powróciła ze zdwojoną siłą. W dodatku u Haskil wykryto guza mózgu, uciskającego nerw wzrokowy. Natychmiastowa operacja była nieunikniona.

WESTMINSTER

Z końcem lat 40. świat zaczął doceniać niecodzienną artystkę, karty się odwróciły. Przełom w jej karierze nastąpił w roku 1949 po serii głośnych koncertów w Holandii, które przyniosły 54-letniej pianistce zasłużone uznanie. Olbrzymia w tym zasługa młodego szwajcarskiego agenta Haskil - Michela Rossiera, który włożył niewiarygodnie dużo pracy i wysiłku w wypracowanie wizerunku Clary. Elitarny kontrakt z wytwórnią Westminster to właśnie jego dzieło. Zasiadającej do tych nagrań, 55-letniej wówczas artystce zostało tylko (a może aż?) dziesięć lat, aby zadziwić świat...

Gdy zaczynamy słuchać tych monofonicznych nagrań sprzed pół wieku, brzmiących jednak doskonale (ach, ten Westminster!), od razu zwracamy uwagę na wybitnie anty-wirtuozowski, bardzo introwertyczny sposób gry. Jakiekolwiek efekciarstwo jest wykonującej właśnie KV 466 Mozarta całkowicie obce. Jej grę cechuje pełna naturalność, rzadko spotykana wrażliwość na dźwięk, wielostopniowe, wielobarwne touché. Pewne niuanse, jak choćby cudowne frazowanie w beethovenowskim Largu z III Koncertu c-moll, odkrywamy dopiero przy kolejnych przesłuchaniach. Beethoven Haskil różni się diametralnie od Beethovena innych pianistów. Przypomina bardziej Haydna albo Mozarta. Jej Trzeci aż żyje od wewnętrznych napięć, przy czym Clara nie wykorzystuje tu w ogóle siły czy brawury.

Jej interpretacja 11 sonat Scarlattiego nagranych dla firmy Westminster przez wiele lat była absolutnym bestsellerem wśród melomanów i kolekcjonerów płyt - szczególnymi komplementami obsypano Sonatę Kk 132, C-dur, w której mikrokosmos Scarlattiego rzeczywiście osiąga wyżyny elegancji i dobrego smaku. Warto pamiętać, że już w roku 1946 trzeci program BBC wyemitował 6 audycji, zawierających wyłącznie sonaty Scarlattiego grane przez Clarę Haskil, tak więc artystka od lat obcowała ze światem genialnych miniatur, napisanych przez wizjonerskiego Neapolitańczyka na instrument klawiszowy.

Jednocześnie Haskil, grając sonaty Scarlattiego, bez przerwy przypomina nam, iż wcale nie ograniczają one wykonawcy do zachowywania nadmiernej delikatności wyrazu. Pianistka odciska na tych miniaturach swój własny, niepodrabialny styl, w którym fraza, uwolniona z barokowego kostiumu, pędzi żwawo do przodu z naturalnością romantycznej piosenki. Haskil gra na naszych emocjach przede wszystkim barwą, jaką udaje się jej wydobyć z instrumentu, jej bardzo szerokim zakresem (cóż za magiczna umiejętność cieniowania!). Jej nieskazitelna technika co i rusz prześciga się z głębokim rozumieniem utworu, dziś powiedzielibyśmy: pełna konsekwencja, zero komercji. Autorytet wykonawczy jest o tyle silniejszy, że wcale się nie narzuca. Nie ma tu nużących uogólnień, manieryzmów, ale nie ma też zbyt osobistego podejścia do stylu kompozytora, czegoś w rodzaju ekshibicjonistycznej prywaty.

CODA

Choć Clara miała kilku bardzo bliskich przyjaciół, to w rzeczywistości była osobą bardzo samotną, szczególnie w życiu prywatnym. Nie poddawała się jednak, ciężko pracując nad rozwojem swojej międzynarodowej kariery. Niestety musiała bardzo ograniczyć ćwiczenia - nie mogło być mowy nawet o dwóch czy trzech godzinach dziennie, ponieważ niezwykle szybko się męczyła! Bezcenna współpraca z partnerami pokroju Pablo Casalsa, George'a Enescu czy Eugene'a Ysaye'a bardzo pomogła jej przy wychodzeniu z głębokiego kryzysu.

W pierwszej połowie lat 50. zabijały się o nią największe festiwale muzyczne świata. W dodatku udało jej się zdobyć szwajcarski paszport, umożliwiający bezproblemowe podróżowanie - wreszcie mogła nacieszyć się sławą. Kupiła sobie w końcu własny fortepian. Występowała pod batutą tak wybitnych kapelmistrzów, jak: Ansermet, Monteux, Stokowski, Keilberth, Markevitch, Celibidache, Fricsay, Kubelik czy Giulini.

Zmarła tragicznie, 7 grudnia 1960 roku w Brukseli, na skutek obrażeń spowodowanych poważnym upadkiem. Jej znajomi podejrzewali, iż wypadek nastąpił podczas jednego z nagłych ataków omdlenia, które prześladowały pianistkę w ostatnich miesiącach życia.

Wydaje się niewiarygodne, aby muzyk z tak wielkim upośledzeniem fizycznym mógł zawładnąć publicznością całego świata. Najbliższy przyjaciel schyłkowego, szwajcarskiego okresu życia Clary, Charlie Chaplin mawiał, że była jednym z trzech najprawdziwszych geniuszy, których spotkał na swej drodze. Jej intuicyjne mistrzostwo przejawiało się w umiarkowaniu i to w najlepszym, renesansowym znaczeniu tego słowa. Clara to kwintesencja czystości i poetyckości! 04 sierpnia 2004