Glen Gould jak Glen Gould.
Chodzi raczej o sympatyczną i bardzo treściwą monografię Stefana Riegera: "Glenn Gould czyli sztuka fugi". Jest tam obszerny rozdział, w którym Gould jakby poucza jak Mozart powinien komponować. Szkoda że Gould nie żył w czasach Mozarta, może Wolfgang Amadeusz czegoś by się jednak douczył od wybitnego wykonawcy. Na początku warto zauważyć pewne pozytywne spostrzeżenia (jest tam ich bardzo dużo). Więc niezwykle pozytywne i mądre uwagi o muzyce Mendelsohna i Haydna- warto przeczytać!

To książka, której mógłby patronować jeden z moich ulubionych poematów Straussa "Til Eulenspiegels lustige Streiche", oj lustige...

Sposobem na tą książkę jest mądra przekora. To bardzo ożywcza i płodna formuła. Zwłaszcza wobec Goulda, który obok innowacyjności miał dużo moralnej siły, był niezwykle pracowity i konsekwentny.

Gould miał prawie całą teorię na temat Mozarta. Taką Gombrowiczowską: dlaczego mówimy, że zachwyca jak nie zachwyca? Hm?

Jest tam sporo opisów Alberta Savinio. Przypominają one jakby ducha filmu "Amadeusz" (dla mnie nudny i pachnący amatorszczyzną) i dramatów Schefera w ogólności. Takie psychoanalityczne wywody czy to jest męskie, czy żeńskie czy nijakie, infantylne. Jest to ślepa uliczka i chybione narzędzie w chwytaniu się za Mozarta. Osobowość tego kompozytora była- powiedziałbym z przeproszeniem- średnia i nieprzekładalna na treść i znaczenie muzyki.

Tryle podobno są istotą tej muzyki. (tryl=ptasi śpiew) Gdyby powiedzieć odważnie wprost trzeba by powiedzieć, że jest błaha i trywialna. Ostatnio przeglądnąłem sonatę "Durnitz" nr 6 KV284 D-dur. Tryle jak tryle, jest tam sporo takich powtarzalnych figurek. Pomyślałem sobie, że w tym jest coś organicznego, jak tkanka ciała. Myślę, że to jak z piękną dziewczyną- nie trzeba się przyglądać strukturze żyłek, brać to normalnie tak jak patrzymy na człowieka. Ten organizm funkcjonuje jako całość. Nawiasem mówiąc zrozumiałem to wcale niegłupie cesarskie skojarzenie "za dużo nut".

Gould chciałby tam widzieć więcej kontrapunktu, "pracy". W tej muzyce jest postęp wobec kontrapunktu, trochę go przypominający. Życie piękna w organicznie niezliczonych pokrewieństwach, wewnętrznych nawarstwionych odniesieniach między długimi, długimi tematami- melodiami w całym czasie trwania utworów. Korespondencje bardziej natchnione, spontaniczne, naturalne i organiczne współtworzące piękno.

"Bas Albertiego", powtarzalne figurki pianistyczne. To jest niezwykłe u Mozarta, że właśnie nawet w takich mechanistycznych lukrowanych tkankach rozwijają się te korespondencje opisane powyżej. One po prostu nie wymagają ostentacji "pracy", kontrapunktu. Moja ulubiona płyta to "trzy sonaty" skrzypcowe Richter/Kagan. To te utwory gdzie skrzypce akompaniują, dobarwiają fortepian- czyli właśnie jakby banał niekończącego się trylu. No ale ile razy ja tego słuchałem... bo tak wiele jest tam geniuszu tych samoistnie żyjących korespondencji między pięknem wielu melodii.


Ciekawe są te negatywne uwagi Goulda o Mozarcie- wg mnie nietrafione. Inne negatywne protekcjonalizmy, "grzechy":


Gould bardzo cenił polifonię, fugę.
Dla tych co też lubią tą wysoką sztukę, taki fajny filmik do ściągnięcia. Wymaga wtyczki lub playerki Flash. Należy klikać na konikach, najlepiej z lewa do prawa, drugie kliknięcie wyłącza głos.
Istotna uwaga: poniższy fajny flash warto najpierw ściągnąć lub zapisać na dysku i uruchamiać po zamknięciu tej witryny, która ma przeszkadzające tło dźwiękowe. Np. kliknąć PRAWYM klawiszem myszy na linku i wybrać z popupmenu "zapisz element docelowy jako...".
muzykalnyje kunie

i renifery


  

: - )     ciąg dalszy jutro..

jutro, tymczasem nowości są w linku "nowości"

fajna pogoda