Ernst Theodor Amadeusz Hoffmann,
nazwał się Amadeuszem na cześć Mozarta.
O "Don Giovanim": "opera oper".

o E.T.A.
  Diable Eliksiry  nota biograficzna

http://www.littlebluelight.com/hoffmannframe.html

http://www.petra.demon.co.uk/Hoffmann/

http://scandinavian.wisc.edu/hca/glossary/hoffmann.html

powyższe linki ze strony: strona domowa AlVi


Małgorzata Nawrocka- hasło E. T. A. Hoffmann w Encyklopedii muzycznej PWM:

Na szczególną uwagę zasługuje myśl muzyczna Hoffmanna, która w dużym stopniu zadecydowała o kształcie poglądów estetycznych dotyczących "sztuki dźwięków" w ciągu kilku następujących dziesięcioleci. Jakkolwiek Hoffmann nie przeprowadził systematycznego wykładu swych zapatrywań, to jednak rekonstrukcja ujawnia dużą ich spójność. W powieściach nowelach i opowiadaniach Hoffmann rozważał problem muzyki w kategoriach filozoficznych i estetycznych; estetyczna myśl muzyczna dominuje w nowelach i opowiadaniach wynikłych z inspiracji muzycznych; w esejach, felietonach i recenzjach przeważają odniesienia do praktyki artystycznej. Koncepcja muzyki Hoffmanna stanowi integralną część jego światopoglądu. Nie można jej zatem rozważać w oderwaniu od pojęć wyznaczających specyficzną wizję świata: opozycji Bóg- szatan, duch- materia, chrześcijaństwo- pogaństwo, i wreszcie
pojęcia romantyzmu, kategorii o niezwykle doniosłym znaczeniu, funkcjonującej w pisarstwie Hoffmanna na kilka sposobów
- jako pojęcie wartościujące (doskonały rodzaj bytu),
- historyczne (era chrześcijańska),
- antropozoficzne (geniusz romantyczny)
- oraz artystyczne (romantyczne dzieło sztuki). 
Hoffmann wskazuje na pewne cechy związane nierozłącznie z postawą geniusza:
- natchnienie- rodzaj iluminacji, nagłego zrozumienia prawdy najwyższej;
- zrodzona z niej "nieskończona, niewysłowiona, bezimienna, pełna niepokoju" i w sensie doczesnym "nieziszczalna" tęsknota ku pierwszorzędnym wartościom pozytywnym;
- fantazja umożliwiająca wejrzenie w tajniki wyższego bytu, przeszłości, dawnej sztuki;
- ironia, pozwalająca na uzyskanie dystansu wobec świata i własnej osoby oraz na wykorzystanie poczucia tego dystansu w twórczości;
- wreszcie roztropność- wysokiego stopnia samoświadomość, zorganizowanie osobowości;
- i na koniec synestezyjne odbieranie świata.
Kategorię romantyzmu właściwą autentycznemu dziełu sztuki konstytuują zaś następujące własności:
- prawda- przymiot Boga, a więc wartość pozytywna o najwyższej randze; czystość- koncentracja tylko na tym co prawdziwe i istotne;
- całość lub jedność (dzieło ma stanowić strukturę złożoną z doskonale dobranych elementów);
- głębia czyli niepospolitość, niełatwość i niepowierzchowność; wewnętrzność związaną z dążeniem do pozazmysłowej istoty rzeczy i zjawisk; poetyckość, pojmowana zarówno jako obiektywna jakość dzieła, jak i cecha psychiki zarówno twórcy jak i odbiorcy;
- w końcu wolność (swoboda), decydująca o dynamizmie i aktywizmie koncepcji Hoffmanna.
W ramach takiego systemu wartości niemiecki romantyk przyznawał muzyce pierwszorzędne miejsce. Jej status ontyczny jest ściśle związany z pierwiastkami boskości i duchowości. Muzyka ma charakter wartości doskonałej (o wartościach iluminacyjnych) i obiektywnej, umożliwiającej człowiekowi kontakt z doskonałym bytem romantycznym, w którym jest osadzona, z duchem i Bogiem.
[..]Również w opisie elementów muzyki przejawia się idealizm Hoffmanna, który harmonię pojmuje jako duchowy dar Boga dla człowieka, przypisuje jej głębię i tajemniczość. Tak rozumiane pojęcie harmonii nie ma nic wspólnego z regułami łączenia dźwięków (do czego się je niekiedy- zdaniem Hoffmanna niesłusznie- sprowadza) ani też z realnym, fizycznym brzmieniem, a zbliża się nieco do dawnej koncepcji harmonii sfer; w obliczu wartości najwyższych każdy bodziec sensualny staje się zbędny. Melodia jest również nośnikiem "przeczucia tego, co ponadzmysłowe", lecz może odezwać się w duszy geniusza dopiero wtedy gdy jest on już wtajemniczony w misteria harmonii, a więc zna istotę muzyki w wyższym, nadprzyrodzonym sensie.
[..]Hoffmann jako pierwszy przyznał muzyce tak istotne miejsce w systemie światopoglądowo- filozoficznym i konsekwentnie opowiadał się za jej prymatem wśród pozostałych sztuk, rozwijając pewne wątki myślowe, które pojawiły się już w koncepcjach W. Wackenrodera i L.Tiecka, F. Schegla, Novalisa, Jean-Paula.
Dla licznych kompozytorów (Schumann, Delibes, Offenbach, Czajkowski, S. Hausegger, Busoni, Hindemith, Malipiero) inspirację stanowiły wątki zaczerpnięte z jego twórczości literackiej.
[..]We współczesnej świadomości kulturowej wciąż jest obecna sylwetka "kapelmistrza Kreislera"- E. Th. A. Hoffmanna, który wycisnął na obrazie swej epoki niezwykle trwałe piętno i sam stał się jedną z legend nie tylko niemieckiego romantyzmu.


Z książki o Prusach:

A tak w istocie, to jedynym "rdzennym" Prusakiem w tym kręgu wybitnych pruskich poetów, artystów i intelektualistów, przeważnie pochodzenia żydowskiego, hugenockiego lub włoskiego, był radca Sądu Kameralnego, Hoffmann, a ponieważ dotąd nie mieliśmy raczej okazji zająć się bliżej "prawdziwym" Prusakiem, to teraz nastręcza się sposobność po temu.

W pierwszych dniach grudnia 1821 r. większość osób wymienionych na poprzednich stronach, które to osoby po części - jako radcy kryminalni, radcy intendentury lub radcy poselscy - należały do grona wyższych urzędników pruskich, a po części do intelektualnej elity Berlina i jako tacy zaliczali się do kręgu Braci Serafiońskich (względnie do ich przyjaciół), otrzymały pocztą nekrolog wydrukowany ozdobną antykwą. Jego tekst brzmiał: "W nocy z 29 na 30 listopada br. zasnął, aby zbudzić się do lepszego życia, mój drogi, ukochany wychowanek, kot Murr, w czwartym roku swego obiecującego życia. Kto znał tego wpisanego do wieczności młodzieńca, kto widział, jak kroczy drogą cnoty i prawa, zrozumie mój ból i uczci go milczeniem".

Człowiekiem, do którego należał zmarły kot, a mówiąc ściślej, dla którego był on bliskim przyjacielem, zawsze wylegującym się na pulpicie do pisania, i któremu właściciel - jak to opisał - zgłaskiwał iskry z sierści, był radca Sądu Kameralnego, E. T. A. Hoffmann.

Hoffmann przyszedł na świat w Królewcu, w Prusach Wschodnich, w dniu 24 stycznia 1776 roku, roku ogłoszenia Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych Ameryki i jeszcze za rządów Fryderyka II. Jego ojciec, prusko-królewski adwokat i późniejszy radca kryminalny, Hoffmann, utalentowany, oryginalny i bardzo impulsywny człowiek, był jeszcze tak uprzejmy, że z okazji urodzin syna zamówił muzykanta, który matce i noworodkowi odegrał jakiś utwór na lutni. Potem jednak pan radca Hoffmann zniknął z życia obydwojga. Kazał się przenieść do sądu w Insterburgu [Wystruć], rezygnując z zabrania rodziny i nigdy się więcej nie pokazał. Z domu w Królewcu wypędziło go pedantyczne zamiłowanie żony do porządku, mającej ponadto skłonność do reagowania wielogodzinnymi szlochami na każdy bunt przeciwko jej pedanterii.

Stary radca Hoffmann przebywał jeszcze potem przez dwadzieścia lat w Insterburgu, po części wśród swoich akt, a po części przy wesołej, zakrapianej alkoholem grze w karty z okolicznymi, polskimi właścicielami majątków, aż w r. 1797 umarł, prawdopodobnie z powodu nadużywania alkoholu. Syn, Ernst Theodor Wilhelm - bo przecież Amadeuszem nazwał się dopiero później - chował się u starszego brata matki.

Łysy, korpulentny, świętoszkowaty i bardzo ograniczony wuj Otto był nazywany Ottchen przez swoją siostrę Luizę, a matkę Hoffmanna, przez żonę Sophie - dobrą ciotkę małego Ernsta, jak też przez starą matkę wuja, która mieszkała w tym samym domu. Wuj był bardzo muzykalny, ale poza tym dość głupawy. Co wieczór tańczył po pokojach ubrany w oliwkowy albo w śliwkowy surdut, przy wtórze muzykującej rodziny i przyjaciół.

Biografka Hoffmanna, Gabrielle Wittkop-Menardeau, opisała w wyborny sposób życie codzienne w domu wuja Ottona:

"Było to z pewnością dziwne dzieciństwo, jakie E. T. A. Hoffmann przeżył w wielkim, szarym domu przy Post-strasse, którego ogród stykał się z ogrodem pensji dla dziewcząt. Wyobraźmy sobie zamożny dom w dawnych Prusach z piecami z ozdobnymi kaflami, z cymbałami i harfą otulonymi w pokrowce z wzorzystego kretonu, z poważnym tykaniem pokrytego intarsją zegara, z rzeczowością wyplatanych trzciną krzeseł i pomalowanymi na szaro podłogami, z lodowatą czystością i ciążącą nad wszystkim nudą. Nudą, tak, ale nie ciszą, od czasu do czasu bowiem przeszywało cały dom wycie obłąkanej, wywołując dreszcz przerażenia u babci, wyciskając łzy z oczu Luizy, i wywierając niezatarte piętno oraz napełniając grozą wątłego chłopca o zbyt wielkich oczach. Obłąkana, której krzyki przepoiły dzieciństwo poety, zajmowała na wyższym piętrze mieszkanie, które dzieliła z synem, Zachariasem Wernerem; nawiasem mówiąc, uważała go za Syna Bożego i wychowywała go stosownie do tego".
E. T. A. Hoffmann nigdy w życiu nie zdołał nawiązać kontaktu ze starszym o sześć lat Zachariasem Wernerem, który później zdobył wielką sławę jako poeta. Już w pierwszym roku szkolnym nawiązał natomiast ścisłą przyjaźń ze starszym o rok Theodorem Gottliebem Hippelem, i ta sympatia, jaka się wówczas zrodziła, przetrwała aż do śmierci obydwóch.
Pozwólmy sobie zauważyć, że najlepszy przyjaciel Hoffmanna wstąpił później do pruskiej służby państwowej, gdzie, jako kuzyn kanclerza Hardenberga, zrobił świetną karierę. Będąc bardzo zamożnym człowiekiem - w wyniku wielkiego spadku i bogatego małżeństwa - wycofał się jednak wcześnie w życie prywatne. Przedtem jednak, w 1813 r. ułożył właśnie on, powiernik E. T. A. Hoffmanna, ową sławną odezwę ,,Do mojego ludu", którą potem, drząc na całym ciele i w panicznym strachu, jakiego napędził mu Stein, podpisał król Fryderyk WilhelmIII.
Przyjaciel Hoffmanna był ponadto chrześniakiem prezydenta Królewca, Theodora Gottlieba Hippela (1741-1790), który z kolei był bardzo zaprzyjaźniony z Kantem i może chyba uchodzić za pierwszego szermierza emancypacji kobiet w Niemczech. Młody Hoffmann bywał często gościem w jego domu.
Po zakończeniu nauki w szkole, którą ukończył Hoffnmnn mając szesnaście lat, zaczął studiować prawo na uniwersytecie w Królewcu. Został znakomitym prawnikiem. Mało jednak lub też wcale nie troszczył się o wykłady Kantu, którego już wówczas stawiano na równi ze starym Derfflingerem, wynalazcą żelaznego stempla do nabijania strzelby i twórcy pruskiego regulaminu ćwiczeń, jako jego duchowe przeciwieństwo. Heinrich Heine natomiast, który o wiele lepiej zrozumiał Kanta i uczynił go zrozumiałym dla innych, powiedział w związku z tym:
"Trudno jest opisać historię życia Emanuela Kanta. Nie miał on bowiem ani życia, ani historii. Prowadził uporządkowane mechanicznie, prawie abstrakcyjne życie starego kawalera, przy cichej, ustronnej uliczce w Królewcu... Wstawanie, picie kawy, wykłady na uniwersytecie, jedzenie, spacer - wszystko miało swój określony czas i sąsiedzi wiedzieli dokładnie, że wybiło wpół do czwartej, kiedy Emanuel Kant w szarym surducie, z hiszpańską trzcinką w ręku przekraczał próg domu i wędrował wąską alejką lipową... Spacerował tam i z powrotem osiem razy, o każdej porze roku, a kiedy było pochmurno... widziano, jak jego sługa, stary Lampę, z trwożliwym niepokojem szedł za nim, z parasolem pod pachą, jak wcielenie Opatrzności.
Dziwny to kontrast między codziennym życiem tego człowieka a jego rewolucyjnymi, burzącymi świat ideami! Doprawdy, gdyby obywatele Królewca przeczuli całe znaczenie tych idei, baliby się tego człowieka o wiele bardziej niż kata, który uśmierca tylko ludzi. Ale ci poczciwcy widzieli w nim jedynie profesora filozofii, i kiedy mijał ich o określonej porze, pozdrawiali go przyjaźnie i nastawiali według niego swoje zegarki... A przecież" - jak czytamy w pracy Heinego Geschichte der Religion und Philosophie in Deut-schland wydanej w 1834 r. - "szturmował niebo, wyciął w pień całą załogę, Władca Świata pływał we własnej krwi,, nie było już miłosierdzia... Nie było zapłaty na tamtym świecie za zachowanie wstrzemięźliwości na tym... a stary Lampę stał przy tym z parasolem pod pachą... i łzy spływały mu po twarzy. Wówczas Emanuel Kant zlitował się i pokazał, że jest nie tylko wielkim filozofem, lecz także dobrym człowiekiem. Na wpół z ironią powiedział: "Stary Lampę musi mieć Boga, inaczej ten biedny człowiek nie będzie mógł być szczęśliwy - tak mówi praktyczny rozum - jeśli o mnie chodzi, to niech także ten praktyczny rozum potwierdzi istnienie Boga..." A może" - dodał Heine z ironią - "Kant zaakceptował Zmartwychwstanie nie tylko z powodu starego Lampę, lecz także ze względu na policję? A może też i naprawdę działał z przekonania?"

Bez względu na to, jak było naprawdę, teoretyczny rozum Kanta - według jego określenia "czysty" rozum zniweczył Boga, zaś jego rozum praktyczny zwrócił go ludziom, i onże Bóg musiał w każdym bądź razie mieć wiele poczucia humoru, skoro dał spotkać się dwom tak skrajnie odmiennym Prusakom, Kantowi i Hoffmannowi, w rodzinnym mieście ich obu, Królewcu, chyba tylko po to, aby wykazać, jak dalece różne rzeczy można zmieścić w rubryce zatytułowanej "Duch pruski". Należy przy tym zauważyć, że sam Emanuel Kant zawsze podkreślał, iż jest pochodzenia szkockiego. Niektórzy badacze twierdzili jednak później, że to nieprawda. W każdym razie sam filozof wcześnie zmienił początkową literę swojego nazwiska. Jego ojciec, który mieszkał na początku XVIII wieku w Kłajpedzie, był drobnomieszczaninem, rymarzem. Później przeniósł się ze swoją rodziną do Królewca i pisał się jeszcze Cant. Opowiadał też dzieciom, że jego ojciec przybył do Prus angielskim statkiem z Wielkiej Brytanii. W owym czasie do portu w Królewcu przybijało wiele angielskich i holenderskich statków handlowych. U ujścia rzeki Pregoły, "w pobliżu rodzinnego domu Kanta" - jak pisał Uwe Schultz - wymieniały one towary kolonialne, portwajn, sherry i różne inne wyroby angielskie za zboże i inne produkty rolne, sprowadzane przez żydowskich handlarzy z pobliskiej Polski na płaskich barkach rzecznych zwanych wicinami.

W owych czasach była też w Królewcu - obok koloni francuskiej i holenderskiej, gminy żydowskiej, bardzo wielu Polaków oraz emigrantów ze wszystkich państw nadbałtyckich i Szwajcarii - także poważna liczba Anglików, którzy osiedlili się tam, podobnie jak w innych pruskich miastach portowych. Do ścisłych przyjaciół Kanta należał też bardzo ekscentryczny Brytyjczyk, Joseph Green. Filozof był także zaprzyjaźniony ze szwagrem Greena, Motherbym i jego młodszym bratem. Wobec nich Kant podawał się za wnuka szkockiego imigranta, zwłaszcza gdy była mowa o urodzonym w Edynburgu filozofie Dawidzie Hume. Jak sądzą badacze, którzy chyba wiedzą lepiej, Kant nie miał racji.

E. T. A. Hoffmann, który nie okazywał żadnego zainteresowania Kantem i jego filozofią i - jak sam wyznał - wcale jej nie rozumiał, mógł ze swej strony poszczycić się tym, że jego przodkowie po mieczu pochodzili ze starej szlachty polskiej, mianowicie z rodu Bagieńskich, a po części z Węgier, co dzisiejsi biografowie Hoffmanna uważają za rzecz udowodnioną: To jednak, że E. T. A. Hoffmann, oprócz innych języków, mówił także trochę po polsku, mało inne przyczyny. Po okresie pracy w charakterze referendarza w okręgowym urzędzie administracyjnym w Głogowie, gdzie inny jego wuj był radcą w sądzie apelacyjnym, i po .zdaniu egzaminu na asesora w berlińskim Sądzie Kameralnym (z notą: "wyśmienicie") został w 1800 r. zatrudniony przy rządzie pruskim w Poznaniu.

W ten sposób dla asesora Hoffmarma zaczęło się poważne życie. Jednakże młody królewiecczanin nie zdawał sobie chyba jeszcze z tego sprawy. Uznał, że życie w Poznaniu jest niesłychanie puste i nudne. I aby przynajmniej trochę ożywić szare akta, którymi musiał się zajmować, rysował niekiedy na marginesie karykatury. Ponieważ był bardzo utalentowanym rysownikiem i chyba odczuwał także przyjemność, wnosząc nieco pogody w smutne życie, jakie wiódł w Poznaniu, dopuścił do tego, że jego karykatury obiegłszy kolegów i znajomych, dotarły także przed oblicze przełożonych. Pewien pan, szczególnie dobrze utrafiony piórkiem Hoffmanna (jego własnym zaś zdaniem - nędznie) generał von Zastrow, poczuł się zniesławiony przez biurowego artystę i sprawił, że Hoffmanna przeniesiono dyscyplinarnie do małej mieściny, do Płocka nad Wisłą.

Zanim Hoffmann wyjechał tam, gdzie było jeszcze bardziej pusto i nudno niż w Poznaniu, poślubił dziewczynę nazwiskiem Maria Michalina Rorer-Trzyńska, zwaną Misia. Była to młoda Polka z długimi, czarnymi rzęsami i promiennymi, fiołkowymi oczami. Misia była o wiele wyższa od Hoffmanna i wcześnie zaczęła tyć. Jej dobroć i cierpliwość były bezgraniczne, tak że akceptowała wszystko, co wyprawiał ten mały, chudy kobold, będący jej mężem. Nigdy nie robiła mu wyrzutów i wytrwała przy nim przez dwadzieścia lat aż do wczesnej i żałosnej śmierci Hoffmanna.

W 1803 r. E. T. A. Hoffmann został przeniesiony jako radca rządu do Warszawy; zawdzięczał to wyłącznie staraniom i dobrym stosunkom swojego przyjaciela Hippela. Hippel, który na skutek otrzymanego spadku stał się bogatym człowiekiem, szlachcicem i właścicielem wielkiego majątku, pomógł też wydostać się Hoffmannowi z finansowych kłopotów. W Płocku bowiem byli oni skazani na jałmużnę ze strony krewnych, ponieważ asesor nie otrzymywał wynagrodzenia.

E. T. A. Hoffmann, teraz już jako zamożny radca rejencyjny o pełnych poborach, wreszcie bez długów i po wyjściu ze smętnej prowincji, uważał, że w Warszawie znalazł się niemal u celu pragnień. Ale już w listopadzie 1806 r., po wejściu Francuzów, jego kariera urzędnicza nagle się zakończyła. Został zwolniony z posady i pozbawiony dochodów. Miał minimalne oszczędności. Wraz z Misia znalazł się w beznadziejnej sytuacji. Poza tym w okupowanej Warszawie bieda pogłębiła się jeszcze dotkliwiej na skutek ostrej zimy. Hoffmann zdecydował się więc udać z prośbą do l Berlina. Julius Eduard Hitzig, kolega i bliski przyjaciel Hoffmanna, również zwolniony z rządowej służby pruskiej w Warszawie, daremnie starał się tam znaleźć jakiekolwiek zastosowanie dla wszechstronnych talentów zupełnie pozbawionego środków do życia poety. Ciotka Hitziga, Sara Levy, zaaranżowała w swoim pałacu na dzisiejszej Museumsinseł, wielkie spotkanie towarzyskie, na które zaprosiła wydawców, właścicieli galerii, dyrektora opery i innych potencjalnych zleceniodawców. Ani jednak wielorakie powiązania Hitziga, ani elokwencja jego ciotki Sary nie mogły pomóc biednemu radcy rejencyjnemu Hoffmannowi w zdobyciu wystarczających dochodów. Musiał więc być zadowolony, że w lecie 1808 r. zaproponowano mu posadę dyrektora muzycznego w Bambergu. Niestety, gdy Hoffmann wraz z. Misia, za pieniądze pożyczone na drogę od Hippela, przybył do frankońskiego miasteczka nad Menem, okazało się, że teatr zmienił tymczasem właściciela i oddał już komu innemu przewidzianą dla niego posadę. Aż do wiosny 1813 r. Hoffmann radził sobie w Bambergu, pracując jako kompozytor - za trzydzieści guldenów miesięcznie - udzielając lekcji muzyki młodym damom z towarzystwa bamberskiego, pisząc recenzje dla "Allgemeine Musikalische Zeitung", i wreszcie pracując jako pomocnik dyrekcji i scenograf. Potem otrzymał pracę kapelmistrza w zespole aktorskim pracującym w teatrze lipskim, pełen nadziei przeniósł się z Misia do Saksonii i już wkrótce popadł w zamęt wojny wyzwoleńczej, która niebawem, jesienią 1813 r. doprowadziła do zamknięcia teatru.

" Odtąd aż do jesieni 1816 r. utrzymywał siebie i Misie, pisząc, komponując i rysując karykatury Napoleona, które przez pewien czas cieszyły się ogromnym popytem. I wreszcie, dzięki staraniom Hippela i Hitziga mógł powrócić do pruskiej służby państwowej.

Pewnego ciepłego wrześniowego wieczoru 1816 r. pan radca Sądu Kameralnego Hoffmann z żoną wprowadzili się do nowego mieszkania w Berlinie i już wkrótce rozniosło się w sąsiedztwie, że pan radca nie tylko przesiaduje często w Cafe Manderlee, lecz także płaci co wieczór znaczne rachunki w winiarni Lutter & Wegener przy Geridarmen-markt. Uspokojono się dopiero wówczas, gdy przekonano się, że pan radca Hoffmann wykonuje swoje zawodowe obowiązki niesłychanie dokładnie i poprawnie, a przy tym uchodzi za szczególnie inteligentnego prawnika, że ma tysiąc talarów pensji rocznej oraz poważne wpływy uboczne z tytułu działalności pisarskiej. Sąsiedzi sądzili teraz, że te uboczne zajęcia pisarskie polegają na tworzeniu artykułów z zakresu prawa i obszernych komentarzy ustaw, za które pan radca finansuje swoją bardzo znaczną konsumpcję win Chambertina, szampana, reńskiego i ponczu. Wreszcie przyzwyczaili się do tego zawsze uprzejmego prawnika o żółtej twarzy, bardzo szczupłego, niewielkiego wzrostu, z wielkim jastrzębim nosem i dużymi oczami.

Przywykli także do jego kaprysów, min i nieopanowanej gestykulacji, a nawet do diabolicznych żartów, które miał zwyczaj robić niekiedy poczciwym sąsiadom przy stole w winiarni Luttera; napędzał im na przykład strachu "małym przeklętym pędrakiem", którego nagle dostrzegł wypełzającego ze szpary w podłodze, albo twierdził, że go z całą pewnością widział, przy czym całe jego zachowanie nie dopuszczało wątpliwości, że miał rację.

Ten śmieszny, poza służbą bardzo swobodny radca Sądu Kameralnego Hoffmann, przy tym niesłychanie pracowity pisarz, mający już spore sukcesy, ale stale cierpiący na brak pieniędzy, również wynalazca trunku - z wina reńskiego i szampana - zwanego "kardynałem", który to trunek miał zwyczaj przygotowywać osobiście swoim Braciom Serafiońskim, zakładając biały fartuch na brązowy frak i żółte, nankinowe spodnie, otóż ten właśnie pan radca Hoffmann miał zająć się powierzoną mu przez rząd królewski najważniejszą sprawą owych czasów, mianowicie ściganiem demokratycznych i innych zagrażających państwu machinacji.

W październiku 1819 r. rząd pruski powołał go na członka "komisji specjalnej do śledzenia powiązań, mających na celu zdradę stanu". Wówczas nie było jeszcze jasnego rozdziału między kompetencjami prokuratora i sędziego. Dlatego stał się on w ten sposób kimś w rodzaju pełnomocnika do spraw ochrony państwa w najwyższej instancji karnej Prus, odpowiedzialnej za wykroczenia polityczne. Na skutek tego miał on odtąd wystarczająco wiele sposobności do prowadzenia ze swoim kotem rozmów nie tylko o krasnoludkach i demonach, lecz także o tak poważnych rzeczach, Jakie dziś zaprzątają uwagę generalnej prokuratury federalnej w Karlsruhe.

Nie byłoby to w rzeczy samej niczym nadzwyczajnym, z pewnością nie było też zbyt dobrym żartem. Bez wątpienia i dziś bywają - i bywali zawsze - przedstawiciele prokuratury najwyższej, którzy widzą duchy, bardzo lubią alkohol, rozmawiają ze swoimi zwierzętami domowymi, robią miny i przerażają poczciwych ludzi historiami o duchach. Rzadko jednak zdarza się chyba wszystko to razem, powiązane z wszechstronnymi, wybitnymi talentami artystycznymi oraz ze wspaniałą znajomością prawa i pedantycznym spełnianiem obowiązków.

Nie, szczególny dowcip w sprawie powierzenia panu radcy Sądu Kameralnego E. T. A. Hoffmannowi pierwszorzędnych zadań ochrony państwa polegał raczej na tym, że nie uważał on wcale za swój cel doprowadzenie przekazanych mu spraw prosto do prokuratora i spowodowanie surowego ukarania obwinionego. W rozmowie z mruczącym kotem Murrem wysilał raczej swój prawniczy umysł, aby w niepodważalny sposób wykazać, że ujęci przez policję polityczną "demagodzy" nie powinni zostać ukarani przez prawo. Starał się na przykład wykazać, że założyciel paramilitarnej organizacji sportowej Friedrich Ludwig Jahn - przeciwko któremu faktycznie prowadził śledztwo w 1819 r. - był wprawdzie strasznym grubianinem i chętnie zmyślał, ale że grubiaństwo i fantazjowanie, a nawet podstępne myśli o demokratycznej gimnastyce na poręczach i przeciąganiu liny mogą być ważne z punktu widzenia prawa karnego dopiero wówczas, jeśli można je powiązać przyczynowo z udowodnionym przestępstwem.

Po uwolnieniu w ten sposób Jahna od wszelkiej winy, resztę urzędowego prusko-królewskiego papieru zużył pan radca Sądu Najwyższego na napisanie pięknym, czystym charakterem pisma historyjki o duchach. Ich postacie ujrzał krótko po północy (parę godzin poprzednich spędził dla wypoczynku w winiarni Lutter & Wegener) tak żywe, że gruba Misia musiała usiąść tuż przy nim z robotą na drutach, żeby atramentowe krasnoludki nie ukradły mu słów z papieru, a może i myśli z głowy.

Wypada jeszcze dodać, że odpowiedzialny za policję i ochronę państwa dyrektor ministerialny von Kamptz, kreatura nowego ministra spraw wewnętrznych Caspara Friedricha von Schuckmanna, uważał, że wyniki śledztwa prowadzonego przez Hoffmanna są w najwyższym stopniu niezadowalające, jego zachowanie w poważnym stopniu podejrzane, chociaż pod względem prawnym trudne lub też zupełnie niemożliwe do ujęcia; dodać tu trzeba, że Kamptz kazał jednak zaaresztować tak starannie przez Hoffmanna oczyszczonego z winy Friedricha Ludwiga Jahna i że ponadto wszczął tajne dochodzenie przeciwko samemu radcy Sądu Kameralnego.

Hoffmann jednak miał już od dawna dość histerycznego zachowania się swoich przełożonych i kolegów. Obławy policyjne, samowolne aresztowania, szpiclowanie poglądów i skandaliczne stosunki w więzieniu budziły w nim wstręt. Na znak protestu przeciwko niepraworządności wystąpił z komisji i poprosił o zwolnienie.

Nie musiał się już martwić o złe stosunki, przejmować się manią prześladowczą ograniczonych reakcjonistów pruskich, którzy bali się wszelkich zmian stosunków społecznych. Jednakże, jak pisze biografka Hoffmanna, Gabrielle Wittkop-Menardeau, "satyryk nie mógł oprzeć się pragnieniu ostrego skarykaturowania dyrektora policji von Kamp-tza w postaci głupiego szpicla Knarrpantiego w opowieści Meister Floh, o czym dyrektora policji powiadomiono tym skwapliwiej, że Hoffmann jawnie chełpił się swoimi zamiarami".

I teraz zaczęła się łamigłówka, która nie miała sobie równych w nowszej historii literatury niemieckiej. Hoffmann mianowicie dowiedział się - bo miał jeszcze dobrych przyjaciół w ministerstwie policji - że von Kamptz planował skonfiskować manuskrypt Meister Floch, znajdujący się już w druku we Frankfurcie nad Menem. Dlatego 19 stycznia 1822 r. napisał do swego wydawcy, cytując dosłownie niektóre akapity i prosząc go o ich skreślenie, ponieważ ,,ze względu na pewne okoliczności mogłyby mu przyczynić wiele zmartwień". Miał nadzieję, że w ten sposób uniknie kłopotów.

Jednakże list Hoffmanna został przejęty przez pruską policję i dołączony do akt, które już bardzo urosły. Kamptz wniósł także oskarżenie przeciwko Hoffmannowi i kazał drogą urzędową skonfiskować manuskrypt we Frankfurcie nad Menem. Teraz poinformowano także kanclerza Harden-berga, a nawet Fryderyka Wilhelma III i król kazał przedłożyć sobie w ciągu 24 godzin protokół z natychmiastowego przesłuchania tego, jak widać, szczególnie niebezpiecznego "demagoga" i byłego radcy Sądu Kameralnego. Mimo to Hoffmannowi, z pomocą przeróżnych prawniczych sztuczek i podstępów oraz przy poparciu swoich wiernych przyjaciół Hippela i Hitziga, udało się uzyskać pozwolenie na druk "oczyszczonej" redakcji tekstu Meister Floh. Ocenzurowane strony znaleziono dopiero w 1905 roku w pruskim Tajnym Archiwum Państwowym i w r. 1908 mógł się ukazać po raz pierwszy pełny tekst opowieści.

Śledztwo przeciwko Hoffmannowi trwało jednak dalej. Mimo interwencji wpływowych przyjaciół i żywych protestów publiczności Kamptz alias Knarrpanti był zdecydowany postawić Hoffmanna przed sądem jako wroga państwa. Hoffmann jednak - jak z filisterskim podtekstem informuje Algemeine deutsche Real-Enzyklopddie jur die gebildeten Stdnde [Powszechna Niemiecka Encyklopedia dla wykształconych stanów] z 1845 r. - uniknął wszelkiej ziemskiej kary, ponieważ "już 24 lipca 1822 r. zmarł po wielkich cierpieniach, na skutek swego nieregularnego trybu życia, na uwiąd rdzenia".

Tyle przykładowy życiorys jednego z niewielu wielkich Prusaków, który był naprawdę Prusakiem, a ponadto człowiekiem obowiązkowym, wykonującym niesłychanie wzorowo swój zawód, bardzo wytwornym, a przy tym niekiedy surowym także wobec siebie, nieprzekupnym i wybierającym raczej niełaskę, "jeśli posłuszeństwo nie przynosiło zaszczytu".

E. T. A. Hoffmann był "typowo pruski" jeszcze pod jednym względem; wypełniała go i powodowała nim owa wewnętrzna sprzeczność, która decydowała o charakterze dawnych Prusaków. Właśnie on, prawdziwy lub domniemany potomek polskiego szlacheckiego rodu Bagieńskich odmówił j w 1807 r. złożenia przysięgi na wierność nowemu rządowi Księstwa Warszawskiego. Król pruski natomiast, wobec którego czuł się jeszcze zobowiązany, zaniedbał swój obowiązek otoczenia opieką wiernego radcy Hoffmanna, który w następnym dziesięcioleciu często był bliski śmierci głodowej.

"Bardzo charakterystyczne w moim życiu jest - jak sam stwierdził - że dzieje się zawsze to, czego wcale nie oczekiwałem, bez względu na ,to, czy jest to coś dobrego, czy złego, i że zawsze jestem zmuszony robić to, co jest sprzeczne z moją właściwą, głębszą zasadą".

Na jakiś rok przed śmiercią E. T. A. Hoffmanna - pan radca Sądu Kameralnego nie musiał się już jednak tym zajmować - powstały na uniwersytetach pruskich, szczególnie w Halle, tajne kółka studenckie, w których reprezentowano pogląd, że nie można już oczekiwać od książąt zjednoczenia narodowego Niemiec ani też demokratycznej konstytucji, i że można doprowadzić do nich jedynie w drodze powstania zbrojnego i rewolucji. Impulsu w tym celu mieli użyczyć studenci. Jako organizację przygotowawczą założono "Związek Młodzieńców" ["Junglingsbund"].