(patrz Witkiewicza "Niemyte dusze")
appendix = groch + kapusta + etc + etc...


Wrażenia z wakacji 2004, z festiwalu muzyki chrześcijańskiej we Władysławowie:

Zespół "Trzecia godzina dnia", w skrócie TGD.

  http://www.tgd.kdm.pl   o TGD w sieci

Nie znam się dokładnie na etykietkach muzyki "rozrywkowej". Rodzaj energii i materii muzycznej, które usłyszałem na koncercie mi kojarzy się z jazzową odmianą muzyki "funk". Bardzo nowoczesny, głośny, elektryczny "funk". Napewno nie kojarzy mi się z tymi już do nich przyklejonymi etykietkami: pop, gospel.

Świetna sekcja rytmiczna: Wiesław Sałata (bas), Sebastian Urban (perkusja). Sekcja, która jest świetną osnową tego "funk". Wielka energia i wielki swing świetnie sprężone turbodyscypliną, czystością rytmiczną. Wartości, które są oparte na muzykalności- słyszy się, że ci ludzie mają przede wszystkim wrodzoną muzykalność jako podstawę dalszych kompetencji. Na pewno znają i mają opracowane też jazzowe elementy muzyki. Perkusista grywał m. in. z "Ptaszynem", jest też "profesorem" na kursach muzycznych.

Mówi się że TGD to przede wszystkim chór i wokal. Ja słyszałem coś jakby odwrotnego- to instrumentaliści wytwarzają ten wysokiej jakości, mocno sprężony i gęsty "czad". Ja tam z wokalu zrobiłbym w TGD coś takiego jak w starym jazzie w bigbandach: refreniści. Zdajesię w TGD wokal i chór ciąży w pozamuzyczne sfery sentymentów religijnych, co psuje wielką sprawę jaką są świetni instrumentaliści, którzy bardzo dobrze rozumieją się jako grupa.
To wrażenie- na koncercie, który słyszałem- potęgował fakt, że gość od akustyki ewidentnie spóźnił się ze wszystkim a na koniec zostawił mikrofony chóru i wokalistów- na co zostało mu najmniej czasu. [za późno dojechali- faktycznie na Helu w lecie są częste i mocne korki na drogach]

Drugi ciekawy zespół to "Testimonium" http://www.testimonium.pl

Założenie jest takie: 3 bardzo młode dziewczyny, muzykalne, utalentowane, ze świerzą energią bezpretensjonalnej muzykalności. Rytm mocno taneczny i wokalistki z wielkim wdziękiem się do tej muzyki poruszają. Dziwne skojarzenie: typ ruchu przypomina supermęski zespół ZZTop, choć dziewczynom z tym bardzo do twarzy. Jasne, młode, piękne i pociągajace głosy. Fajna recepta na pewny 100%towy efekt- trudno oderwać oczy "i uszy" od tej muzyki.
:-) Gesamtkunstwerk


[a może jednak to jak z Karajanem czy Rudolfem Kempe, właśnie ci Niemcy mają rację; łatwiej docenić subtelność sztuki niemieckich "stelmachów" od karoserii niż tych od architektury, czy muzyki- do których przyzwyczajamy się jak do przyrody]

w muzyce mozarta nie były dla mnie tak ważne wykonania, jakość i nazwiska wykonawców, sama sugestywność mozarta wystarczała
choć trzeba przyznać, że to obiegowe pojęcie o "łatwości", sprawia że jest tam sporo byle jakich wykonań, które pozytywnie sugerują, że jednak to nie jest łatwa muzyka
schiff jest bardzo czysty i ulizany, dobre i to, coś jak w hagen qt
u hagenów dochodzi jeszcze dla mnie urok tego skrzypcowego brzmienia
u nich bardzo rzeczowy i nieskrzypiący
i schiff i hagenowie nie przeszkadzają tej muzyce, to juz bardzo dużo

ja jednak marzę o czymś takim jak walter i może alicia de larocha
słychać w nich nie tylko czystość horyzontalną&wertykalna
ale takie podstawowe kompetencje muzyczne:
1. wrodzony swing, taneczność
2. u waltera bardzo ważna sztuka genialnego słyszenia melodii, śpiewu
od razu po tych dwóch cechach słychać, że muzykalność jest ich żywiołem,
że mają to we krwi
muzykalność i natchnienie

niestety nie słyszę tego u schiffa czy u hagenów
choć jest ich ogromną zasługą,
że przez czystość wykonania przynajmniej nie przeszkadzają,
no może tylko przynudzają
ale to przy wielkiej kolorowości naszych czasów można znieść

klara haskil z fricsaj'em, serkin z abbado- takie znam
ulubione wykonania koncertów mozarta


Till Eulenspiegel- poemat symfoniczny Ryszarda Straussa.

Na początku ta muzyka kojarzyła mi się tylko z pięknem klimatu nowoczesnej architektury niemieckiej.

Zresztą nieściśle, bo z wyrazem architektury takiego małego otwartego basenu pływackiego w przedsionku kompleksu obiektów klubu "Śląsk-Wrocław" na Racławickiej

Nie ma już tego basenu, mimo że wybudowano go gdzieś w latach 70tych, niemieckość to ten przemożny klimat "dobrej" dzielnicy Krzyki.

Pierwszy basen jaki widziałem bez progów, idealna płaszczyzna: woda na równi z płaszczyzną kafelków poza basenem, bez żadnych murków, tylko kratka naokoło przejmująca to co przechlupocze, niesamowity kolor- błękitne kafelki, zawsze świerza i zzzimna woda. Jako widownia tylko dwa +- 70cio centymetrowe "schodki" z jednej strony na których leżano i się opalano (żadnych krzesełek) naokoło prostokątne szklane nieprzeźroczyste ekrany. Ten błękit i poprostu niesamowita kompozycja proporcji tych prostokątów- pionów i poziomów linii- to trochę się kojarzy z ekspansywnymi kierunkami ruchu dzwięków w Tillu Eulenspieglu, plus przyroda, drzewa na zewnątrz.

Miało to coś z ducha Mondriana i Franka Wrighta

A program Tilla kojarzy mi się z bardzo mądrą i zdyscyplinowaną postacią St.I.Witkiewicza, z tragizmem tego, że fama robi z niego zaprzeczenie jego rzeczywistych zalet- pracowitości, dyscypliny, wielkiego morale (to nie to samo co moralność), erudycji i opanowania.

TRAGIZM PRZEKORY, KREATYWNEJ FANTAZJI


Z Szostakowicza mam szczególny sentyment do koncertu skrzypcowego, do takiego jednego nagrania. Sentyment całkowity, włącznie z piękną okładka. To dość charakterystyczne wydanie. Gra Ojstrach, dyryguje Kondraszyn, winylowy longplay Miełodii. To utwór dedykowany Ojstrachowi. Charakterystyczne jest np. to, że tam przed koncertem jest obszerne nagranie takiej rozmowy telefonicznej między Ojstrachem a Szostakowiczem. Szostakowicz udziela mu wskazówek co do wykonania- bardzo ciepła, wzruszająca rozmowa, RZECZOWA. Zabawnie podśpiewują sobie całe frazy. Zresztą ta osobliwość bardzo sympatyczna jest też na nowszych płytach z symfoniami Szostakowicza z Rożdiestwieńskim. Są tam nagrane świetne komentarze- omówienia dyrygenta z obszernymi przykładami, potrafi mówić o muzyce. Na płycie z XIII symfonią autor słów poeta Jewtuszenko mówi o genezie tej symfonii. Bardzo trafione innowacje: symfonia+ audycja - wykład o niej. Po rosyjsku ale polak zrozumie.

No a ten koncert skrzypcowy- źródło mojego zachwytu dla Kondraszyna, to nagranie ma jedyny, niepowtarzalny klimat. Przykład "żywiec" na powiedzonko, że Kondraszyn to świetny akompaniator.

(
jakoś niestety nie jestem przekonany do nagradzanych i uznanych koncertów Liszta z Richterem, choć nagranie koncertu Griega Kondraszyn/Richter jest nieprawdopodobnie genialne.
)
A propos tej płyty z Ojstrachem. Drugie takie nagranie fenomen, to Kondraszyn/Ojstrachowie i symfonia koncerująca Es Mozarta. Bardzo rzadkie ale warte każdego zachodu, niesamowicie trafione w samo sedno. Oczywiście bardziej znane są te świetne nagrania z Berlińczykami gdzie Ojstrach dodatkowo też dyryguje.

Dodatkowe słowa- klucze do Szostakowicza to Izaak Solertyńki [bardzo ważny Szostakowiczowski wątek], oczywiście Mahler i jego pierwszy rycerz Pociej.


Janosz Ferencsik z Węgier, taki nr1 za socjalizmu, coś jak u nas W. Rowicki,
śp Jan Weber był wobec nazwiska Ferencsik wręcz kąśliwy,
ja go uważam tak jak jego rodacy: za dużo dużo większego niż się przypuszcza, mógłby stanąć w jednym szeregu z największymi.

W tej witrynie wypada wspomnieć, że Ferencsik to dla mnie autor najlepszego mi znanego wykonania Requiem Mozarta. Che, najlepszego jakie ja słyszałem... (na pewno nie słyszałem tego wykonania, które dla Ciebie jest najlepsze :-) 

Kiedyś ogromne wrażenie zrobiło na mnie nagranie Koncertu na orkiestrę Bartoka, najlepsze moje słuchanie w życiu: autentyczna głębia i dyspozycyjność natchnienia plus współczesność zalet: kolorowość, hm sex, i atrakcyjność, jak z najbardziej gustownych spotów reklamowych.
No i drugie takie jego nagranie "Symfonia Faustowka" Liszta, kongenialne. "Lektura obowiązkowa" dla każdego, kto chciałby się dowiedzieć "kim jest Liszt, jego muzyka". Dobry gust i nobliwość w połączeniu z fantazją i siłą wyobraźni. Niezawodna trafność intuicji w obszarach "terra incognita". Albo część ostatnia, jest tam chór w stylu 9ta Beethovena. Szczerze mówiąc wydaje mi się lepsze, a zwłaszcza mniej pretensjonalne od Beethovena... Choćby dyskretniej wmontowane w tą symfonię, krótsze- to też coś znaczy.


 Swiatosław Richter usłyszał preludium, chorał i fugę C. Francka na recitalu E. Petri. Wtedy jeszcze nie był pewien, że czeka go kariera pianisty. Bardzo go zafascynował ten utwór i postanowił, że musi go grać, nawet jeśli koncertowanie publicznie nie będzie mu dane.
Świetne są zdania o Francku w książce Corredora "Rozmowy z Pablo Casalsem"- ŚWIETNA książka choć w starym stylu, ale jak stare wino...


Pięknie pisze o Bachu B. Pociej. Czytałem kiedyś książkę K. Dalhausa "Idea muzyki absolutnej". Książka może jeszcze bardziej hermetyczna  niż teksty pana B. Pocieja, ale jakoś sympatyczniejsza. Wiem jak bardzo niemerytoryczny jest ten przymiotnik. Dahlhaus jest spokojniej pewny siebie- mniej apodyktyczny. Dlatego kiedy raz jedyny zobaczyłem  pana Pocieja w telewizji, mówiącego coś o muzyce, to zdziwiłem się: bo to pozwolę sobie powiedzieć sympatyczna powierzchowność też w tym co mówi.. I koniec- dość tego pokątnego wstępu, bo chciałem przejść do czegoś bardziej merytorycznego- mam nadzieję... Dużo częściej mówi się dziś o technice i stylu wykonań Bacha. To oczywiście ma sens, ale wydaje mi się, że duch tej muzyki nie jest tak bardzo wrażliwy na  niestylowe wykonanie. Gdzie się podziała ta niegdyś gorąca dyskusja o ozdobnikach?... Chodzi mi o samą ideę, że można pisać o kompozytorze jako samodzielnej wartości, pewnym sednie niezależnym od stylistycznych różnic między wykonaniami. Znam to podejście do sztuki też z innych gałęzi sztuk. Np. pan Juszczak piszący m. in. o malarstwie, z tej samej dziedziny Kandyński.  Jeśli chodzi o muzykę to u nas dawniej Hulewicz- uważam, że mimo jednak chyba mocno przebrzmiałej zewnętrznej maniery-  przybłęda Boży to jedna z najwartościowszych polskich pozycji o muzyce. Ciekawe jest jedno, że większość z tych autorów ma jakby potrzebę krygowania się (jeśli to przejaskrawić), tłumaczenia, że przekraczają tą barierę dźwięku Debussyego: muzyka kończy się tam gdzie zaczyna słowo (nie do końca chyba należy to brać dosłownie).


Płyty winylowe albo delikatniejszy sprzęt robią z muzyką coś podobnego do Szostakowicza. Wydłużenie frazy, w dziwnie długie samoskupiające się pasmo. Z długim oddechem. Jest to niezwykłe ale przez ten oddech wydaje się wzmożoną naturalnością, uspokojeniem i czymś zachęcająco bezpiecznym.


Ciekawa rzecz w malarstwie nie byłoby takich nieporozumień. Gdyby Cezane był kompozytorem to traktowanoby go jak Mozarta albo Haydna. No może ratowałaby go niejaka kolorowość. No właśnie tym czynnikiem ciężko się w muzyce uratować. Gdyż ślepota na kolory muzyczne jest rozpowszechniana choćby przez miliony miernych wzmacniaczy, głośników i innych radyjek.
Ale przecież nikt o Cezanie nie powie, że jest sztampowy- niczym nie zaskoczy. Choć w fabułach jego obrazów pełno jest codzienności, zwykłości. W. Juszczak pieknie cytuje i omawia stwierdzenie: "że taki malarz jak Cezane zdarza się raz na dwieście lat- przed nim tylko Poisson. W zasadzie każdy ma choćby przeczucie wielkości i wielkiego znaczenia- wpływu na następców tego malarza."